Co wy tam będziecie robić? To pytanie padało dziesiątki razy, na długo przed naszym wylotem i pada do dziś. Żyć! Odpowiadaliśmy i odpowiadamy zgodnie. No i sobie żyjemy.

W zasadzie na wsi. Wśród krów, byków, bawołów, świń, kur, dzikich psów i innej zwierzyny. Wśród lokalsów i zagranicznych turystów głównie w wieku emerytalnym. Wśród zieleni palm, pól ryżu i smrodu palonych śmieci. Żyjemy sobie spokojnie.

Myli się ten kto myśli, że taka podroż to beztroskie wakacje. Spróbujcie zamknąć się w saunie na 24h z całą swoją rodziną, niezależnie od tego ile macie dzieci. Do tropików trzeba się przyzwyczaić. Okres aklimatyzacji trochę trwa. Każde ubranie, nie ważne czy założone na 5 minut czy na pół dnia wymaga ponownego uprania już po pierwszej minucie. To raz. Dwa, jak długo byliście non stop ze swoimi dziećmi? Ale tak na prawdę non stop? Tak, że poranne, jedyne samotne, siedmiominutowe wyjście do sklepiku obok domu po bułki jest jak parogodzinna medytacja. Kochamy nasze dzieci. Przepadamy za nimi. Ale jak kładziemy je wieczorem spać, padamy ze zmęczenia.

Są chwile, kiedy przynajmniej jedno śpi. Są takie, kiedy zajmują się sobą sami. Nawet, coraz częściej, cała trójka bawi się razem. Wtedy oboje patrzymy na nich szturchając się co chwilę i mówimy do siebie „Patrz, jakie mamy genialne dzieci”, „Zobacz, jak czule Zośka głaszcze Franie” albo … biegniemy ratować jedno z nich bo Gutek ugryzł, kopnął, uszczypał albo zabrał komuś zabawkę. Nudy nie ma. Nigdy.

No dobra, co my tu tak naprawdę robimy? W zasadzie nic nadzwyczajnego. Wstajemy koło 6. Jeszcze jest ciemno. Ale zazwyczaj 2/3 najmłodszych członków rodziny jest już gotowa, by rozpocząć dzień. Przychodzą do naszej sypialni codziennie z tym samym komunikatem „Poproszę kawkę” co oznacza ciepłe kakao. I tak, w oczekiwaniu na śniadanie, zasiadają przed telewizorem by zobaczyć kilka odcinków anglojęzycznej, interaktywnej bajki (do której gadają, machają, coś sobie nawzajem tłumaczą). Po śniadaniu idziemy na dłuższy spacer, na plażę, do której kawałek tez trzeba dojść albo jedziemy do pobliskiego miasta. Wsiadamy więc w autobus (do którego teoretycznie mieści się około 40 osób w praktyce 3 razy więcej) co już samo w sobie jest niezłą przygodą. Tam, na bazarze kupujemy za jakieś 20 złotych kilkanaście kilo warzyw i owoców, które dźwigamy w drodze do domu. Po powrocie jedno z nas zajmuje się obiadem, drugie- ogarnianiem dzieci.

Czasem uda się dwójkę uśpić, wtedy mamy czas by z Zośką się trochę pouczyć- pisać, liczyć, rysować. Po obiedzie znów idziemy na spacer albo na basen, znajdujący się tuż obok domu. Aktywnie. Tak bardzo, że każde z nas schudło już około 10 kilo (spokojnie, dzieci znacznie mniej, ale też). Byłoby pewnie więcej gdybyśmy nie stworzyli sobie nocnego rytuału objadania się hinduskimi lodami czyli kulfi tuż przed uśnięciem (spokojnie, dzieci wtedy już śpią). Przed 22 mocno zasłodzeni zazwyczaj już śpimy. Z przerwami na karmienie, przytulenie, karmienie, siku, przykrycie, karmienie, dostarczenie wody, uspokojenie po złym śnie, karmienie, karmienie i karmienie. Taki high life.

7 myśli na temat “High Life

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s