W ciągu ostatniego miesiąca, kilka osób zapytało nas czy tu są węże. Coś jest na rzeczy, jeśli pytacie. Owszem są. Cały ich przekrój. Od takich zupełnie niegroźnych, po te, które na tamten świat wysyłają dość szybko. Nam też zdarzyło się liczyć minuty i odmawiać różaniec. Bo mamy w tej kwestii i swoje, czasem dość dramatyczne w swym przebiegu, doświadczenia.

No to po kolei. Nie jest tak, że węże spotkać można tu na każdym kroku i tylko czyhają na nierozważnych turystów. Ale mieszkając, tak jak my, na wsi, nie można nie dostrzec ich istnienia. Kilka razy widzieliśmy je leżące na drodze prowadzącej na plażę. Na szczęście naszym dzieciom trudno było je zidentyfikować, bo bardziej przypominały płaską, szarą plamę niż niebezpiecznego gada. Węże regularnie giną bowiem pod kołami aut, autobusów, riksz, motorów i skuterów.

Widujemy je też na samej plaży. Najczęściej te, których naturalnym środowiskiem życia jest Ocean Indyjski. Występują zarówno te martwe, wyrzucone na brzeg po odpływie czy wyłowione przez rybaków z sieci i pozostawione samotnie na brzegu, jak i te żywe, wylegające na słońcu szukające drogi powrotnej. Nie jest to przyjemny widok. Szczególnie, że ich rozmiary, od niewielkich po naprawdę całkiem spore, dość szybko uruchamiają wyobraźnię. Głowa niemalże natychmiast projektuje „film” ze skaczącymi przez fale dziećmi i niespodziewanym atakiem takiego okaza. Staramy się więc chodzić na plażę trochę później niż o świcie, kiedy to osoby dbające o czystość dokładnie już posprzątają plażę. Ale nie rzadko zadajemy napotkanym Hindusom pytania, czy ten gatunek węża jest groźny, czy zdarzają się ugryzienia, jak szybko trzeba uzyskać pomoc, co trzeba zrobić po ataku itd. Niestety, zdania w tej kwestii są podzielone i dla jednych to łagodne jak owieczki stworzenia, ze strony których nic nam nie grozi, dla innych skrajnie niebezpieczne potwory, które w ciągu 30 minut od wbicia nam zębów są w stanie zabić. Na stronach internetowych opisujących niebezpieczne zwierzęta w Indiach przeczytaliśmy, że owszem węże morskie zazwyczaj są jadowite, ale bardzo rzadko atakują ludzi.

O tym, że z wężami naprawdę nie ma żartów przekonaliśmy się na własnej skórze. I to w okolicznościach z goła innych niż plaża. Dwa lata temu, kiedy jeszcze z dwójką dzieci przyjechaliśmy do Indii na 3 miesiące, jednym z miejsc, które chcieliśmy odwiedzić był Arambol (zdjęcie poniżej). To reklamująca się jako tętniąca życiem, posthipisowska miejscowość, gdzie cały świat zjeżdża się by uprawiać jogę i medytować. Rzeczywiście ilość osób jest tak duża, że ciężko przejść z jednego końca plaży na drugi, a ludzie uprawiają tu nie tylko jogę… Dość szybko okazało się, że to miejsce nie jest dla nas. Już pierwszego dnia pobytu, widząc ilość nietrzeźwych i pod wpływem różnego rodzaju środków odurzających, szukających uciech, turystów wiedzieliśmy, że nie zabawimy w Arambolu zbyt długo.

Arambol

Ponieważ nasza „przygoda” z wężem, w dalszym ciągu budzi w nas dużo emocji, postanowiliśmy opisać to samo wydarzenie z dwóch, różnych stron. Każdy z nas, o tym co się stało, napisze więc ze swojej perspektywy.

Marcin

Jest poranek. Spacerujemy bocznymi drogami Arambolu w poszukiwaniu jakiegoś fajnego domu do wynajęcia. Nagle, za pilną potrzebą muszę zboczyć z asfaltu Na piersiach w nosidle wisi i śpi ośmiomiesięczny wówczas Gustaw. Idąc po jakiś szeleszczących, suchych liściach (w japonkach na nogach !!!) czuję, że coś kłuje mnie w stopę. Ból jest taki, jakbym wszedł na jakiegoś suchego patyka i niegroźnie się zranił. W tym momencie nie zwracam na to uwagi. Wracam do Agi, spoglądam na stopę i widzę, że mam krwawiący palec. Z każdym kolejnym krokiem czuję się jednak coraz dziwniej. Momentalnie zalewa mnie pot, serce zaczyna bić znacznie szybciej i robię się coraz to słabszy. Siadam więc na jakimś wystającym konarze, by przyjrzeć się z bliska jak wygląda moja noga. Gdy widzę symetryczne dziurki po zębach, robi mi się jeszcze gorzej. Ostrożnie podchodzę do Agi mówiąc -„Wiesz co, weź Gustawa, bo chyba ugryzł mnie wąż”. Od tego momentu wydarzenia zaczynają się dziać lawinowo. W pobliskim sklepie o wyglądzie i wielkości naszego GS-u rozpoczyna się akcja ratunkowa. Dla mieszkańców Indii model działania po ugryzieniu węża jest jasny i naprawdę wiedzą co robić. Zaraz znajduje się butelka z wodą, żeby zmyć z rany jad, z piskiem opon podjeżdża sąsiad swoim Maruti i pchając naszą czwórkę do samochodu wykrzykuje „Go to the doctor, go go go”. Wsiadamy! Facet od pierwszej minuty jedzie jak na odcinku specjalnym. Tu jest zasada, że jak rąbnie cię wąż, to żeby nie wiem co, musisz znaleźć się w szpitalu w ciągu 30 minut. Już wtedy zdaje sobie sprawę z tego, że być może właśnie zaczynam moje ostatnie kilkanaście, czy kilkadziesiąt minut w tej rzeczywistości. Przedziwne i bardzo prawdziwe uczucie. Nic nie zależy już od ciebie (rzadko zależy…).

Dojeżdżamy do przychodni. Lokalny doktor spogląda na moją nogę, potwierdza, że to ugryzienie węża i ze zrezygnowaniem stwierdza, że on nic z tym nie zrobi i mamy pędzić do szpitala. Wracamy do Maruti. Kolejne długie kilometry. Nasz kierowca w trakcie tej szalonej gonitwy wydzwania cały czas na pogotowie, żeby karetka wyjechała po nas i odebrała jeszcze z drogi. Liczą się przecież każde sekundy. Musimy jak najszybciej dotrzeć w asyście sanitariuszy do szpitala. Nie pamiętam po ilu minutach, ale gdzieś w okolicy Pernem dojeżdżamy na miejsce (zdjęcie poniżej). Tam też na hasło „snake” zaczyna się akcja. Natychmiast dostaje zastrzyk z jakąś mieszanką i pobierają mi krew. W pierwszym wyniku okazuje się, że w moim organizmie nie ma toksyn. Ufff. Ale toksyny mogą się uaktywnić po czasie. Zależy od węża. I tu jest szkopuł. Wszyscy lekarze pytają mnie jak wyglądał ten wąż. A ja nie mam pojęcia, bo przecież widok tego co pod stopami, zasłaniał mi wiszący przede mną Gustaw.

Długie minuty czekamy na rozwój sytuacji na szpitalnym korytarzu. Czuje się nieźle, ale jestem potwornie głodny. Od ostatniego posiłku minęły długie godziny. Jest ze mną Aga z Zośką i Gustawem. Wszyscy włączamy tryb „działanie”, ale wiem, że każdy z nas bardzo dobrze rozumie powagę sytuacji i mamy niezłego pietra. Po godzinie następne badanie. Czysto, ale dla pewności chcą mnie zostawić na obserwację. Ja dziękuję. Nie mam zamiaru zostać. Wychodzimy więc ze szpitala. Napięcie trochę z nas opada. Robimy sobie zdjęcia pod szpitalem, łapiemy tuk-tuka i wracamy do Arambolu żyć dalej.

Najprawdopodobniej ugryzł mnie Ahaetulla nasuta – czyli zielony wąż biczowaty. Jego jad zabija, ale tylko małe zwierzaki. Poza tym ugryzienie w stopę jest ponoć relatywnie bezpieczniejsze niż gdzieś bliżej serca. Ważne też ile wpuści jadu. Czasem może zostawić jad na zadrapanej zębami skórze i dlatego takie ugryzione miejsce trzeba szybko spłukać wodą. Teraz już to wszystko wiem. Choć nigdy się nie spodziewałem, że taką wiedzę zdobędę przez własne doświadczenie.

Na korytarzu w szpitalu w Pernem (czekam na wynik badania)
Przed wejściem do szpitala (po badaniu)

Agnieszka

Wraca. Inny. Jakiś taki nieobecny. Przyglądam mu się uważnie, aż jego twarz zaczyna niebezpiecznie bieleć, oczy stają się coraz bardziej podkrążone, a na skroniach pojawiają się pierwsze krople potu. „Weź Gustawa bo chyba ugryzł mnie wąż” mówi do mnie znacznie ciszej niż normalnie. Podaje mi dziecko, a ja widzę jak słabnie. Jakby uchodziło z niego powietrze. Zakładam nosidło i biegnę co sił w nogach szukając ludzi. Wpadam do czegoś na kształt kiosku gdzie stoją dwie osoby na krzyż. Początkowo nikt mnie nie zauważa, a mnie plącze się język bo nie wiem co powiedzieć, od czego zacząć. Wykrzykuje więc „Mojego męża ugryzł wąż, pomocy”. Dwóch mężczyzn podrywa się na nogi, wołają innych. W ciągu kilku sekund jest ich około 10. Jeden, obmywa stopę Marcina wodą, drugi obwiązuje udo czerwonym, grubym sznurem. Tłumaczy, że to po to, by jad jak najwolniej przemieszczał się w organizmie. Wpychają nas wszystkich do małego auta, kierowca bez butów zatrzaskuje za sobą drzwi i odpala silnik. Szukam pasów bo wszyscy fruwamy na tylnym siedzeniu, ale ich nie znajduję. Marcin siedzi na miejscu pasażera. Olewam pasy. Chcę żeby On był bezpieczny. Wiem co się dzieje. Słowa „Macie jakieś 30 minut” cały czas dźwięczą mi w uszach. 30 minut żeby mój mąż przeżył. Żebyśmy w czwórkę wrócili do Polski. Żebym nie była wdową.

Najpierw szybkie wejście do pobliskiego lekarza, który patrzy na nas wszystkich z politowaniem i wysyła od razu do szpitala. Nasza podróż trwa więc dalej. Nie wiem ile czasu zostało, co chwilę pytam o to kierowcę, który próbuje nawiązać połączenie z pogotowiem. Zośka śmieje się beztrosko podskakując na wybojach i uderzając głową w sufit samochodu. Gustaw nie śpi ale jest spokojny. Mam w oczach łzy. Boję się. O męża, o dzieci i o siebie. On siedzi cicho ale wiem, że też się boi.

Dla mnie te kilkanaście minut trwa jak cała wieczność. Nie wiem, czy mieścimy w danym nam czasie, czy zaraz czas Marcina się skończy. Wbiegamy do szpitala krzycząc „Snake!”. Marcina zabierają do jakiegoś pomieszczenia, nam nie pozwalają wejść. Czekamy na korytarzu. Jak gdyby nigdy nic próbuję bawić się z dziećmi. Przecież jesteśmy już wśród lekarzy. Na pewno Mu pomogą. Muszą. Uda się. Próbuję zajrzeć, zapytać. Nikt nic nie mówi ale widzę, jak siedzi na leżance, jak oddycha, jak na mnie spogląda. Nigdy wcześniej nie kochałam go bardziej. Jest dobrze, myślę i wracam na korytarz. Gdy wychodzi, by razem z nami czekać na wynik, wiem, że jest dobrze. Gdyby było inaczej, leżałby w osobnej sali, byłby przy nim lekarz, próbowali go ratować. Poza tym wygląda lepiej. Nawet się uśmiecha. Wraca. Do siebie. Do mnie. Do nas. Po kilku minutach nadchodzi informacja, że wszystko w porządku ale badanie trzeba powtórzyć. Teraz wszystko co się dzieje zaczynamy traktować jak przygodę, nie jak walkę o życie. Idę po jedzenie. Wracam z bananami, samosami i cukierkami. Nic innego nie udaje mi się znaleźć. Jemy na szpitalnym korytarzu. Zośka biega, Gustaw śpi. Rozglądamy się, rozmawiamy, jesteśmy znowu razem. Po kolejnym pobraniu krwi i wyniku niestwierdzającym toksyn, po kilkunastu godzinach, po przemykającym przez głowę całym życiu wracamy do domu. Z Arambolu wyjeżdżamy następnego dnia rano. Nie chcę tu wracać.

Jak to wydarzenie wpłynęło na nasze funkcjonowanie w Indiach? Nie schodzimy z drogi na dzikie pola. Zawsze wybieramy wyznaczone ścieżki. Nawet, by udać się za potrzebą, wolimy wybetonowane miejsca. Uważamy, żeby nie chodzić po suchych liściach, które zasłaniają to, co się pod nimi kryje. Dla dzieci kupiliśmy zabudowane buty, a sami na spacery staramy się nie zakładać japonek. Poza tym na prawdę patrzymy pod nogi. I nie jeździmy do Arambolu.

Jedna myśl na temat “Tak, tu są węże! Nasze życie przed i po ugryzieniu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s