Jak pachną Indie? Indyjsko. Różnie. Mieszanka unoszących się w powietrzu zapachów zmienia się tu co chwilę. Gdybyśmy mieli ubrać to w tylko jedno zdanie, jedno wspomnienie, na pewno byłby to nasz pierwszy lot do Indii i zapach, który zaatakował o świcie w New Delhi, gdy wysiadaliśmy z samolotu. Nie jest on łatwy do określenia, choć skondensowany i oryginalny. Wilgotny, klejący, słodko-ostry, przyjemnie drapiący. I wtedy, jeszcze, zupełnie nowy. Czuje się go tylko raz, bo potem, z każdym dniem, ilość doznań węchowych nie ma końca.

Indie o świcie pachną wilgocią. Kto mieszka blisko piekarni poczuje świeżo wypiekane bułeczki. Trochę później unosi się aromat przygotowywanych w domach śniadań. Nawet tu, na wsi, gdy zaczyna się dzień, a na ulicach pojawia się coraz więcej ludzi, spaliny z pojazdów kontrastują ze świeżo umytymi, jeszcze pachnącymi, ludźmi. Mijając się, można wywąchać znajomy szampon, balsam do ciała, olejek do włosów czy perfumy. Chwilę później, gdy temperatura znacząco wzrasta zapachy są już tak zmieszane, że nie sposób ich wyodrębnić.

Idąc główną ulicą naszej wioski, pełnej kramów, co charakterystyczne na dość jednak turystycznym Goa, dociera do nas zewsząd zapach różnorodnych kadzideł. Część sprzedawców od odpalenia ich zaczyna dzień. Mają symboliczne znaczenie. Konkretny zapach ma przyciągnąć kupców, gwarantować zarobek. U innych to jedynie reklamowanie towaru. Mają bowiem w swojej ofercie dziesiątki zapachów. Jedne delikatne, świeże, inne bardziej intensywne czy orientalne. Naturalne i wytworzone sztucznie. Tanie, drogie, w postaci pałek, stożków, kawałków jakby gliny. Za każdym razem gdy jesteśmy w Indiach kupujemy pokaźną ich liczbę sądząc, że stworzymy sobie w Warszawie namiastkę tego świata. Przegrywają niestety z zapachowymi świecami zapełniając sobą kolejne szuflady. Czekają, aż zatęsknimy za wyjazdem. Albo zmienimy przyzwyczajenia.

Nasze poranne spacery to powolne włóczenie się bez określonego celu po polnych ścieżkach i dziurawych, asfaltowych, wąskich drogach naszej i okolicznych wsi. Czujemy się czasem jak na polskiej wsi, gdzie nasze nozdrza plądrują zapachy trzody chlewnej, krowich placków i siana. Te, w gruncie rzeczy miłe aromaty przypominają nam o świecie, który tak chętnie na sześć miesięcy zostawiliśmy. Sprawiają też, że pojawia się tęsknota. Za tym co tam, co nasze, do czego prędzej czy później ale zawsze chętnie wracamy. Z tych tęsknych refleksji wyrywa nas znajomy swąd zza zakrętu. Nazywamy go „rozdartym kotem”. To smród padliny. Dzieci zatykają nosy, a my przyspieszamy kroku.

To nie jedyny trudny do zniesienia zapach. W drodze na plażę spotykamy leżące na asfalcie suszące się ryby. Sam rytuał bardzo dokładnego układania ich na drodze i przewracania po paru godzinach na drugą stronę jest czymś bardzo ciekawym. Wielokrotnie, mimo uciążliwości dla naszych nosów, przyglądamy mu się z uwagą.

Wracając do domu zawsze mijamy owocowo-warzywne stoiska. Mamy swoje ulubione, gdzie systematycznie się zaopatrujemy i chętnie wymieniamy uprzejmości z ich właścicielami. Są też te, w których wiemy, że oszukują. Tam już nie przystajemy. Łączy je jednak unoszący się wokół zapach dojrzałych a czasem delikatnie podgniłych owoców. Aromatyczny miks ananasów, mango i papai. Słodki, momentami aż mdławy. Wwiercający się tak bardzo, że nie sposób nie kupić idealnego do natychmiastowego zjedzenia owocu.

W naszym domu, podczas gotowania obiadów trudno wyodrębnić przewodnią, zapachową nutę. Jemy różnorodnie. Po polsku, indyjsku, włosku. Czasem z dużą ilością przypraw i świeżych ziół, a czasem z ograniczoną ilością składników. Dominują najprostsze smaki. Ale panujący o tej porze upał zawsze wydobywa z przyrządzanych potraw intensywną woń. Z naszej kuchni, kuchni sąsiada obok, i tego kilka domów dalej. Wszystko po to, by stworzyć niesamowitą mieszankę kultur. Czar pryska wraz z pojawieniem się zapachu palonych śmieci. To niestety dość powszechny zwyczaj, który nie prędko się zmieni.

W czasie naszych autobusowych wycieczek nie sposób nie wspomnieć o wypełniającym powietrze zapachu spoconych ciał. Uderzający jest tylko na początku. Bardzo szybko człowiek się przyzwyczaja i nie zwraca na niego uwagi. Z resztą, żyjemy w szczerym przekonaniu, że nasz zapach również pozostawia wiele do życzenia. Poza tym woń ludzkiego ciała ginie w drugiej części dnia, zmieszana z unoszącym się kurzem, kilkuletnim brudem, oblepiającym szyby, fotele i posadzkę oraz zapachem tego, co wiozą ze sobą podróżni (często ryby, ale też warzywa, owoce).

Wieczory to zapach przede wszystkim jedzenia. Ruch w restauracjach przybiera na sile, a wykąpani, uczesani turyści, w prawie wyprasowanych ubraniach, pod rękę wypełniają lokale. Co niektórzy po kolacji zahaczają jeszcze w drodze powrotnej o kramy, stoiska, małe sklepiki, gdzie wyczuć można woń wilgotnego, starego drewna domu na wsi, ale nie wszystkim ten zapach daje się poznać. Inni, wstępują do lokalnych sklepów alkoholowych by uzupełnić braki we krwi i hotelowych, małych lodówkach. Ich chęci można wyczuć nie tylko na nos ale i oko.

Jeden z naszych ostatnich wieczornych spacerów zakończył się nową wiedzą i bezcenną zdobyczą. Przechodząc obok małej, dymiącej, postawionej na ziemi czarki, przystanęliśmy i zapytaliśmy właściciela restauracji, który rozpalił to małe ognisko, co to za zapach. On z uśmiechem odpowiedział „To gogoldup„. Kilkakrotnie prosiliśmy o powtórzenie tego dźwięcznego i intrygującego słowa. Powtarzał więc „gogoldup„, „gogol dup” czy „go goldup” i zabrał nas na zaplecze, pokazując beżowo-żółte, półprzezroczyste kryształki. Okazało się, że gogoldupa możemy kupić za 20 INR w naszym pobliskim sklepie. Gogoldup (a tak na prawdę guggal dhoop) to żywica jakiegoś bliżej nieokreślonego drzewa. Pachnie jak mirra w starym klasztorze. Ten słodki, gęsty, leśny i lepiący zapach, zarezerwowany dla obrzędów religijnych, jak widać może służyć również jako odświeżacz powietrza zakurzonej, indyjskiej ulicy. Kupiliśmy parę dni temu mały woreczek gogoldupa i staramy się go rozpalić, ale za każdym razem nam się nie udaje. Może to jakaś klątwa? A może po prostu gogoldup nie jest dla każdego?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s