Żyjemy skromnie. I nie ma w tym cienia przesady. To świadomy wybór. Im mniej mamy rzeczy, im mniejszy wybór, tym i problemów jakoś mniej. Kupujemy tylko to, czego naprawdę potrzebujemy (z wyjątkiem wieczornym lodów, które są kompletnym tego zaprzeczeniem) i nie robimy zapasów na zaś.
Nasz wiejski czas biegnie więc w znanym, powolnym rytmie, do którego przywykliśmy i który bardzo sobie cenimy. Z resztą, to co dla turystów dostępne wokół, nie specjalnie nas kusi. Kramy z lichej jakości ubraniami, restauracje z masowym, podkręconym glutaminianem sodu, jedzeniem, ciemne bary z tanim alkoholem to nie nasz świat. Tak więc spacerujemy, oglądamy, zwiedzamy, zaglądamy, jeździmy, podglądamy indyjskie życie i szukamy wrażeń, które każdego dnia znajdujemy. Chodzimy na plaże, skaczemy przez fale, dzieci ganiają po piasku kraby, zbieramy muszle, pływamy w basenie. Sporo czasu siedzimy też w domu, gdzie gotujemy, dyskutujemy, bawimy się, uczymy, oglądamy filmy i odpoczywamy w ogródku. Prowadzimy więc zupełnie normalne, codzienne życie, tyle tylko, że jesteśmy ze sobą 24h/7 dni w tygodniu, w tropikalnym klimacie. Raz na dwa tygodnie przenosimy się jednak do kompletnie innego świata.

Ten świat znajduje się jakieś półtora kilometra od miejsca, w którym mieszkamy. Odkryliśmy je zupełnie przypadkowo podczas jednego ze spacerów. To najbardziej ekskluzywny hotel w okolicy. Wchodzimy tam po to, by… skorzystać z placu zabaw. Jednego z najfajniejszych jakie widzieliśmy, a na pewno najlepszego jaki jest w okolicy. I co ważne, mamy go w zasadzie tylko dla siebie.

Hotel otoczony jest przez wysoki płot. Trudno z zewnątrz podejrzeć, co kryje się w środku. Wejścia głównego pilnują strażnicy. Jednak wystarczy podejść, uśmiechnąć się i powiedzieć, że chcemy się rozejrzeć i pochodzić po terenie hotelu. Pan spisze dane z jednego z naszych dowodów osobistych i już. Możemy być tu tak długo jak chcemy i tak często jak potrzebujemy. Wpadamy więc raz na jakiś czas, żeby dzieciaki miały frajdę, a przy okazji spacerujemy po ogromnym terenie podziwiając przystrzyżoną starannie zieleń i czerpiąc radość z braku w zasięgu wzroku porozrzucanych śmieci.

Nie jesteśmy fanami golfa więc niewiele o tym sporcie wiemy. Ale gigantyczny, pagórkowaty obszar pól golfowych robi tu wrażenie. Ilość dbających o niego osób, również. Świat, w który wchodzimy, a w zasadzie kontrast między tym, a światem, z którego przychodzimy jest tak duży, że początkowo ciężko nam się odnaleźć. Chodzimy wolno, niemalże na palcach. Nie do końca wiemy czy można zboczyć z wybrukowanego duktu na trawę czy też nie. Czy bieganie jest tu dozwolone czy niekoniecznie. Czy nasze dzieci nie śmieją się zbyt głośno. Czy można na ławce przewinąć niemowlaka, czy trzeba schować się w łazience? Postanawiamy pozostać więc sobą. Na szczęście nasze dzieci nie mają tego rodzaju dylematów.

Sam hotel jest niedostępną wyspą dla miejscowych mieszkańców. Nie wiemy na jakiej zasadzie my możemy wchodzić do środka, a nawet majętni mieszkańcy Indii, którzy chcieliby jak my spędzić tam czas nie wynajmując apartamentu, są odsyłani z kwitkiem.

Na terenie hotelu jest wszystko to, co uzasadnia wydanie na jedną w nim noc prawie 20 000 INR czyli około 1000 zł. Zawsze wydaje nam się, że personelu w nim pracującego jest jakieś 3-4 razy więcej niż mieszkających turystów. A z tego co się zorientowaliśmy, są to zazwyczaj mieszkańcy Indii, Azji, rzadziej Europy. Nie będziemy opisywać co dokładnie się znajduje w tym hotelu (choć musimy zaznaczyć, że bardzo popularne są tu, nie wiedzieć czemu, szachy), bo pięciogwiazdkowy standard jest raczej podobny na całym świecie i w zasadzie taki sam hotel znaleźć można w Tajlandii, Meksyku, Nowej Zelandii, czy Kenii. Podobnie jest tu z kuchnią. Poza indyjskimi specjałami w wykwintnym wydaniu, można tu zjeść na przykład porządną sałatkę cezar, którą pewnego dnia, gdy zatęskniliśmy za „naszym światem”, z przyjemnością tutaj zjedliśmy. Dzieciom zaserwowano frytki.

Podczas naszej ostatniej wizyty zostaliśmy nawet zaproszeni na, odbywające się w sali zabaw, trzecie urodziny uroczego Aerona z Mumbaju. Poza wybitnym czekoladowym tortem było mnóstwo balonów i innych urodzinowych atrybutów, a poza tym masa zabawek. Dzieciaki były zachwycone i pod opieką animatorek bawiły się ze wszystkimi przez dobrą godzinę, a my spokojnie rozmawialiśmy z, jak się okazało, bardzo fajnymi rodzicami Aerona, wymieniając się na zakończenie imprezy, kontaktami.

Włóczenie się po okolicy jest dla nas nieustannym źródłem przygód. Widzimy tak dużo, tak różnorodnie. Wiele nowo zawieranych znajomości ma swój, często jeszcze ciekawszy niż sam początek, ciąg dalszy. Ale to na zupełnie inną opowieść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s