Jest coś bardzo charakterystycznego w miejscu, w którym od początku października mieszkamy. Wystarczy wyjść za furtkę swojego domu, żeby zobaczyć spacerujące małżeństwa z conajmniej 30-letnim stażem, lub samotnych podróżników, którzy od dobrych kilkunastu lat smakują życie bez codziennego zrywania się rano do pracy. Co tu się dzieje ?
Drodzy Państwo – jesteśmy w krainie emerytów.

Ze starością w kulturze zachodniej jest jakiś problem. Zygmunt Bauman współczesny odbiór starości opisał jako kłopot estetyczny wobec deklarowanej, wszechogarniającej promocji piękna, młodości i witalności. Jest w tym coś potwornie smutnego, zważywszy na to z kim spędzamy tutaj czas.

Benaulim to goańska wioska, którą upodobali sobie emeryci głównie z Europy i Kanady. To zazwyczaj ciekawi, otwarci i bardzo przyjaźni ludzie, których metryka w żaden sposób nie współgra ze stereotypem ciepłej babci z termoforem, dziadka z fajką i bólem krzyża, czy znudzonego i sfrustrowanego starca. Tutejsi emeryci są młodzi. I nie jest to młodość osiągana za pomocą farbowanych włosów, naciąganych twarzy, przegiętych ciuchów czy tzw. „młodzieżowego” stylu bycia. Nie. Tutejsi emeryci są pomarszczeni, bywają zniszczeni, kulejący, czasem jeżdżą na elektrycznych wózkach, mają żylaki na nogach, spracowane ręce, niektórzy z nich cierpią na różnego rodzaju, mniej bądź bardziej widoczne, schorzenia. Są po prostu zwyczajnymi starymi ludźmi. Ale nie tylko to ich łączy.
Wszyscy starsi ludzie, których tu spotykamy, mają nieprawdopodobną chęć dzielenia się swoim czasem, opowieściami, doświadczeniami. Mają w oczach przeogromną chęć życia. To trochę tak, jakby każdy ich dzień, każda rozmowa, każde spotkanie i każde wydarzenie było przez nich dużo bardziej celebrowane, przeżywane i jak gdyby naprawdę byli „tu i teraz”. Bez młodzieńczej nerwowości, niepokoju, bez imperatywu „”robienia czegoś”. To jest ten rodzaj spokoju, który chciałoby się osiągnąć dużo wcześniej i nie czekać jak nadejdzie dopiero koło siedemdziesiątki.

Kim są nasi starsi znajomi? Goa to region, który turystycznie zaczął być eksploatowany na przełomie lat 60/70 XX w. Wtedy ta kraina została odkryta przez hipisów, którzy w poszukiwaniu enklaw wolności upatrzyli sobie zachodnie wybrzeże Indii. Coś właśnie z tego świata zostało wśród dzisiejszych starszych bywalców. Dwa lata temu, gdy spędzaliśmy tu zimowe trzy miesiące, a Thomas Cook jeszcze żył i dowoził turystów z Wysp, natknęliśmy się na grupę wiekową nie dającą się w pierwszej chwili w zidentyfikować. Wyobraźcie sobie wytatuowanych osiemdziesięcioparolatków z kolczykami tu i tam, którzy już na pierwszy rzut oka wyglądają na takich, co to od kontrkultury się wciąż nie odcięli. W Polsce gdy widzimy tatuaże u zaawansowanego emeryta, pierwsze skojarzenie to wciąż jednak półświatek.
A tu ? Szybko wyszło nam z rachunku, że przecież wyspiarskie środowisko punkowe, które powstało właśnie w latach 70. i było całkiem pokaźną grupą, dzisiaj jest już dobrze po siedemdziesiątce. To wspaniali, śmiejący się i otwarci ludzie. Krzyczący do nas z drugiej strony ulicy „Cześć, co słychać?”, „Jak dzieci?”. Z uśmiechem, bliskością i niesamowitą energią. Z resztą ta energia odejmuje im z metryki dobre dwadzieścia lat. Są też, a jakże, duchy hippisów z „tamtych lat”. Mężczyźni z długimi włosami, brodami, włóczkowatymi torbami, rzemieniami. Kobiety w kolorowych włosach i kwiecistych sukienkach, pędzące na rozklekotanych miejskich rowerach. Niektórzy wyglądają tak, jakby przyjechali tu w 1967 prosto z festiwalu w Monterey i tak już zostali.

Na oddzielną uwagę zasługuje tutaj widok odsłoniętych ciał starszych osób. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że starsi mężczyźni paradują w slipach na swoich działkach i nie wstydzą się swojego starego i nadniszczonego wyglądu. Inaczej jest z paniami, które w naszym kraju raczej subtelnie, ale jednak, ukrywają swoje fizyczne niedoskonałości. Tutaj zaskakują głównie właśnie kobiety, które na swój wygląd nie zwracają po prostu uwagi. Wygląda na to, że hołdują zasadzie, „To ja mam się czuć dobrze. A Ty zrób z tym co chcesz”. Jest w tym jakaś prawdziwość, dystans, a przede wszystkim zgoda na upływ czasu i na naturalny i nieunikniony proces starzenia.

Są też w Benaulim Polacy. Nie tworzą może najbardziej hałaśliwej grupy, ale mają się dobrze. Siłą rzeczy, znamy ich całkiem nieźle, bo w takiej odległości od domu, gdy spotyka się kogoś z kraju, od razu ma się do niego bliskość i większy kredyt zaufania. Nasi polscy znajomi są ciekawi. Są wśród nich polscy emigranci, są tacy, którzy pierwsze indyjskie szlify zdobywali jeszcze w dalekiej PRL-owskiej przeszłości, są Ci, którzy założyli tu rodziny, ale są i tacy, którzy są tu pierwszy raz. Często w Indiach spędzają całą zimę. Gdy podliczyliśmy sobie koszt pobytu tutaj jednej osoby, wyszło nam, że średnia miesięczna polska emerytura powinna wystarczyć na miesiąc dobrego życia w Indiach. Warto pamiętać, że gdy przejdzie się z trybu rozbuchanego turysty z zachodu, na tryb „spokojnego domownika”, to pieniądze potrzebne tutaj do życia, często pokrywają się z polską emeryturą. Z wcześniejszych podróży wiemy też, że jest coraz większa grupa rodzimych emerytów, którzy nie zawsze mieszkają w jednym miejscu, tylko cały czas przemieszczają się po subkontynencie, żyjąc zupełnie jak klasyczni backpackerzy.

Tak widzimy naszą przyszłość.

3 myśli na temat “Ciechocinek nad Oceanem Indyjskim

  1. Suwaki. Nie emeryci, suwaki. Tak w Dziwnowie, mieście mojej żony mówi się na emerytów. Oni nie idą, suwają nogami niespiesznie jak w kolejce po plasterek ciszy i kilogramy spokoju. Cierpliwie i do celu.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s