Rajbhog, Bombay chowpati, Matka kulfi, Mawa kulfi, Kashimiri kulfi, Kathiawadi kulfi, Gulkandi kulfi, Nawabi kulfi, Malai kulfi, Rose kulfi, Pista kulfi. Trochę tego jest. Jeden lepszy od drugiego. I szczerze mówiąc po zjedzeniu któregokolwiek z nich, zwykłe lody przestają mieć sens.

Pierwszy raz spotkaliśmy się z nimi 10 lat temu w muzułmańskiej jadłodajni na Colabie w Mumbaju. Po śniadaniu mieliśmy ochotę na lody, a w lodówce było tylko takie coś, czego wcześniej nigdy, nigdzie nie próbowaliśmy. W swojej nazwie miało dźwięczne słowo “kulfi”. Zapakowany w kartonik, stożek w beżowym kolorze przypomniał nam bardziej indyjski czaj niż jakikolwiek inny, znany nam dotąd smak i być może właśnie dlatego tak bardzo go polubiliśmy i zapamiętaliśmy. Za każdym razem, gdy wracaliśmy do Mumbaju, odwiedzaliśmy tą knajpę, między innymi właśnie po to, by znowu zjeść tam kulfi.

Dopiero niedawno dowiedzieliśmy się, że kulfi to nie lody. Lody to lody, a kulfi to kulfi. Jaka jest między nimi różnica? W sposobie przygotowania. Kulfi robi się nie ze śmietany, a z mleka. Podgrzewa się je tak długo, aż zostanie go jakieś 30%. Kiedy większość mleka wyparuje, dodaje się cukier, orzechy, szafran i kardamon i czeka aż masa zgęstnieje. Taki proces sprawia, że kulfi są dużo bardziej gęste i  kremowe niż tradycyjne lody. Potem po prostu się je mrozi, choć nie bez znaczenia jest sposób w jaki się to robi. Naczęściej w specjalnie do tego stworzonych foremkach w kształcie stożków albo w małych, glinianych czarkach. Z resztą słowo “kulfi” pochodzi od perskiego słowa oznaczającego zadaszony kubek.

Kulfi to najpopularniejszy w Indiach mrożony deser. Ponoć wywodzi się z kuchni Mogołów i jest daniem carskim. Wybór smaków jest naprawdę spory, choć te najczęściej spotykane to przede wszystkim różne rodzaje orzechów. Z resztą, spore kawałki migdałów, nerkowców, pistacji, często się w nich pojawiają.

Kulfi to dla nas i naszych dzieci stały punkt dnia. I często, obowiązkowy, wieczorny rytuał „tylko we dwoje”. Między godz. 21 a 22, kiedy to już uśpimy naszą dziatwę, robimy szybki skok na sklep i w małej, niebieskiej reklamówce przynosimy stały już zestaw. Jeden, dwa, a nawet i więcej pełnych smaków, mocno schłodzonych, kremowych kulfi. Potem, z niezwykłą starannością zbieramy drewniane patyczki, puste opakowania i wyrzucamy do kosza. Zacieramy w ten sposób ślady, trochę przed dziećmi, żeby nie było im przykro, że one nie jadły, choć bardziej chyba jednak przed sobą. Do tej pory, gdy mieliśmy jakiekolwiek wątpliwości, że może jednak odrobinę z tą ilością przesadzamy, przekonywaliśmy się, że to wyjątkowo zdrowy mleczny deser, a mleko jest przecież mniej tłuste niż śmietana. Od paru chwil wiemy jednak, że 100g kulfi to jakieś 550 kcal. Od jutra w naszym domu rozpocznie się więc kulfiowy detox. Do odwołania.

Odwołane.

Jedna myśl na temat “Kulfi

  1. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. To przysłowie przemysłu spożywczego. Jeśli coś smakuje nie drąż ile ma kalorii. Chwilę przyjemności, tych kulinarnych, są o tyle cenne że wcześniej czy później się skończą kiedy trzeba będzie przerzucić się na przeciery i kaszki. Dlatego nie żałuj ani jednej chwili z kulfi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s