Dzisiejsza opowieść jest trochę kłopotliwa. Dotyczy mięsa, którego jedno z nas przez długie lata w ogóle nie jadło, a drugie jadało ale okazjonalnie. Od kiedy jesteśmy razem, jemy je raczej rzadko, natomiast dużo bardziej świadomie. Przede wszystkim staramy się dbać o to, by nasz posiłek nie był niewiadomego pochodzenia więc nie kupujemy mięsa byle gdzie.

Indie to raj dla wegetarian. Prawie połowa mieszkańców tego kraju nie je mięsa. Ma to oczywiście związek przede wszystkim z religią. Dla większości wyznawców hinduizmu w jego różnych odmianach jedzenie mięsa jest albo zakazane, albo ograniczone. Ma też związek z tradycją, ale wynika też z przyczyn ekonomicznych. Ryż, groch czy soczewica są zdecydowanie tańszym rozwiązaniem. Dla wielkomiejskiego mieszkańca zachodu, który Indie odwiedza po raz pierwszy, taka ilość restauracji wegetariańskich może plasować ten kraj w awangardzie „postępowego” trendu odchodzenia od spożywania mięsa. Jednak nie chodzi tu o modę. Tu, gdzie jesteśmy to po prostu oczywisty i codzienny sposób odżywiania.

No ale miało być o mięsie. Na Goa dużą część mieszkańców stanowią katolicy, którzy nie mają religijnych ograniczeń żywieniowych. Jedzą kurczaki, wołowinę i popularną tu wieprzowinę, często w formie czerwonych tradycyjnych goańskich kiełbasek, przypominających hiszpańskie chorizo. Żyje tu też sporo wyznawców hinduizmu. Tak więc oni mają tu cały przekrój restauracji i popularnych garkuchni w których, nie ma mięsa, a ilość wegetariańskich dań przyprawia czasem o zawrót głowy. Są też muzułmanie. Oni nie jedzą wieprzowiny, za to specjalizują się w sklepach z baraniną, koziną i z wołowiną, której jedzenie jest oczywiście dla większości mieszkańców Indii kłopotem. Dlatego, prowadzone przez nich sklepy z mięsem krów są zazwyczaj schowane gdzieś za rogiem, na tyłach budynku, w niewyeksponowanych miejscach. Zazwyczaj trzeba wiedzieć, że tam gdzieś jest muzułmańska jatka z wołowiną, bo trafienie tam z ulicy mogłoby być problem. Kurczaki są tu sprzedawane na każdym rogu. Z powodów higienicznych praktykuje się tutaj często ubój na miejscu. Wskazuje się konkretną kurę i ta po kilku chwilach, już oprawiona, ląduje w torbie klienta. Ale na szczęście, można też wybrać po prostu sklep z drobiem.

Potrzeba mięsa na naszym wyjeździe pojawiła się dość spontanicznie i była potrzebą organizmu. Po dwóch miesiącach wegetariańskiej diety całej naszej piątki, zaczęliśmy czuć się słabsi. Pomimo, że dbaliśmy o nawodnienie, o białko w organizmie, jedliśmy ryby, strączki, produkty mleczne, to jakoś oboje w tym samym czasie zaczęliśmy odczuwać jakiś brak i tęsknotę za mięsem. Zaczęliśmy od drobiu. Raz w tygodniu kupowaliśmy mięso kurczaka i robiliśmy na nim zupy lub dodawaliśmy do ryżu z warzywami. Nieco później odkryliśmy tutejszą wołowinę. Nasz znajomy zaprowadził nas wczesnym rankiem do, oczywiście schowanego, sklepu, gdzie na hakach wisiały tusze krów (zabitych pare godzin wcześniej). Widok ten przypominał nam stoiska z mięsem w Polsce w czasach transformacji ustrojowej, gdzie warunki higieniczne nie były najwyższym priorytetem. Rozdrabniane na wiekowym drewnianym pieńku, mięso nigdy nie było i nadal nie jest standardem czystości. Jednak wołowina smakuje obłędnie. I nie dlatego, że tak bardzo nam jej brakowało. To naprawdę świeże i świetne w smaku mięso, za kilogram którego trzeba zapłacić 300 INR czyli 16 zł.

Nasze dzieci przynajmniej raz w tygodniu proszą o polski obiad w postaci ziemniaków, mizerii i kotletów mielonych, które, jako że zrobione są w całości z wołowiny powinniśmy nazywać chyba rumsztykiem. Zośka zjada swoją porcję, dokładkę plus resztki po Guciu, a po paru godzinach prosi o jeszcze jeden obiad. To dla nas przekonywujący dowód na to, że mięso naprawdę dobrze smakuje. Świetnie sprawdzają się też oczywiście domowe hamburgery.


Ostatnio, gdy tam byliśmy nieco później niż chodziliśmy zazwyczaj, prawie nikogo i niczego już nie było. Haki wisiały puste, kolejki brak. Za ladą stał jednak chłopiec, mający na oko jakieś 12 lat. Poproszony o pół kilo mięsa, wyjął je z lodówki i zaczął samodzielnie kroić, ważyć i mielić.

Wracając do drewnianego pieńka, który jest tu chyba najlepszym a na pewno najbardziej powszechnym „stolikiem” do oprawiania mięsa. Podobny widzieliśmy jakiś czas temu na naszym przystanku autobusowym, który w weekend staje się, na połowie swojej powierzchni, sklepem z wieprzowiną. Wygląda to tak, że na drewnianym, niczym nie pokrytym blacie lądują kawałki wieprzowego mięsa, które ogromnym tasakiem starannie rozkrawa i dzieli, weekendowy rzeźnik. Skrawki wraz z kopytkami rzucane są pod nogi psom, które w wielkim oczekiwaniu licznie zjawiają się tuż obok. Wtedy owy pieniek nie przykuł naszej uwagi tak jak skuter, który obok swojego stoiska zaparkował rzeźnik. Na nim bowiem spoczywały sobie spokojnie jeszcze nieoprawione wieprzowe tusze…

Jeśli macie ochotę na dobre mięso, zapraszamy do Indii. Jeśli jesteście wegetarianami czy weganami, tym bardziej zapraszamy do Indii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s