Pare minut po szóstej rano. Jest ciemno. Dzieciaki właśnie się obudziły. My łapiemy jeszcze resztki snu. Z daleka słychać ledwo dochodzący dźwięk trąbki. Zaraz po nim, wwiercający się w uszy pisk Zośki i Gutka „Jedzie!!!”. Teraz już nie mamy wątpliwości, że najwyższy czas wstać.

Nazywamy go Pan Bułeczka albo Bread Man. Najpierw jest jeden, po nim nadjeżdżają kolejni. To instytucja, która w dawnych latach w Polsce miała swój odpowiednik w postaci mleczarzy roznoszących rano mleko pod drzwi. Tu, to pokaźna grupa rowerzystów, dostarczających codziennie o różnych porach nie tylko mleko, ale przede wszystkim różnego rodzaju pieczywo.

Gdy nasze dzieci usłyszą poranne trąbienie, wpadają w szał. Zośka skacze i krzyczy, Gutek wykonuje dziwne ruchy, przypominające taniec plemienny. Buja się z boku na bok śmiejąc się przy tym w głos. Ich radość jest tak ogromna, że początkowo myśleliśmy, że przez okno zobaczyły samą Myszkę Miki, Maszę z Niedźwiedziem czy Dorę z Butkiem. Ale nie! Oni tak reagują na widok, a raczej dźwięk zbliżającego się Pana Bułeczki. I nie dlatego, że są głodni. Przez uchylone okno wołają do niego „Stop, please”, a jedno z nas w podskokach szukając portfela, zbiega po schodach zakładając jakieś pierwsze, lepsze ubranie i z trzaskiem drzwi wybiega mu na spotkanie. Zdążymy jeszcze tylko usłyszeć „Kup nam coś dobrego”… Dobrze wiemy, że nie o taki rodzaj zakupu jesteśmy proszeni, ale nasz klasyczny, śniadaniowy zestaw to najczęściej 6 bułek, albo 6 chlebków, z których robimy kanapki.

Klasyczny Bread Man to miejscowy chłopak w wieku między 15 a 30 lat. Prawie zawsze na rozklekotanym, starym rowerze, za który na Zbawixie nie jeden dałby się pokroić. Raz widzieliśmy też wersję na skuterze, ale nie było w tym prawdy. Charakterystycznym atrybutem Pana Bułeczki jest trąbka. To po niej z daleka już wiadomo, że jedzie pieczywo, a nie na przykład lody, których dźwiękową forpocztą jest dzwonek.

Z tyłu na bagażniku znajduje się nieproporcjonalnie duży, okrągły pojemnik, o średnicy około 1 metra, przykryty niebieską lub żółtą plandeką i obwiązany zdezelowaną rowerową dętką. W środku przede wszystkim pieczywo i mleko. Zawsze są pszenne bułki, czyli Pav, sklejone w sześcioczęściowe plastry. Nie łatwo ich kupić mniej niż sześć (czyli komplet), ale czasem można się dogadać. Obok leżą okrągłe, nieduże chlebki Poee, które przypominają trochę pulchne pity. Międzynarodowy ich kod to brown bread (tak proszą o nie turyści), bo są wyrabiane z razowej mąki pszennej. W koszu prawie zawsze znajdują się też mniej lub bardziej (zależy kto robił) ostre, samosy. Jedna porcja to dwie sztuki. Czasem trafiają się suche obwarzanki i słodkie, nie pieczone, a smażone na głębokim oleju, bułeczki. Nasze polskie pączki są przy nich bez szans.

Bułeczkowi jeźdźcy swoją pracę zaczynają pewnie koło godz. 5 rano, bo mniej więcej od 6 przez dwie godziny rozwożą pieczywo. Potem mają przerwę i pojawiają się znów między 17 a 19, kiedy przychodzi czas kolacji. Obsługują nie tylko kupców detalicznych, jakimi jesteśmy my, ale i restauracje, bary czy sklepy. Funkcjonują na wsi i w miastach. By zdobyć klienta oferują nie tylko szeroki asortyment wyrobów. Liczy się też głośność trąbki, donośne nawoływanie, za pomocą zrozumiałego dopiero za którymś razem, słowa „bread” i życzliwy uśmiech gdy widzą lub słyszą nas i nasze podekscytowane dzieciaki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s