Uwaga, uwaga! Przygotowania do powrotu rozpoczęte. Obciąłem włosy. Kolejny raz nie udało mi się wytrzymać i nie starczyło cierpliwości na zapuszczenie naprawdę długich. W sprawie włosów punktem odniesienia był dla mnie zawsze George Berger z „Hair”. No ale jeszcze nie tym razem. Dotychczasowa szopa, która przeszła tu w Indiach atak wesz i której, obawiam się, pokaźną ilość bezpowrotnie tu straciłem, odeszła. Odeszła, ale za to z fasonem.

Długie włosy w Indiach to poważne wyzwanie. Tutaj wszystko się klei, brud jest wszechobecny, a temperatura na Goa nie odpuszcza. Po godzinie od wzięcia prysznica, włosy przypominają te sprzed mycia. Długa, bujna czupryna nie pomaga. Pobyt w Indiach to zawsze czas, w którym na drugi plan schodzi dbałość o ubranie, przystrzyżoną brodę czy fryzurę. Przyjeżdża się tu między innymi właśnie po to, by mieć „przerwę od wyglądu” i nie przywiązywać uwagi do tego, jak się człowiek prezentuje.

Pierwszą chwilę słabości przeżyłem już w listopadzie, gdy dostrzegliśmy na naszych głowach wszy. Pamiętając dawne opowieści, byłem pewny, że tamta przygoda skończy się goleniem głowy. Okazało się jednak, że dzięki dostępnym dziś specyfikom, można uratować włosy przed ścinką i skutecznie pozbyć się tych mało sympatycznych intruzów. No ale po pięciu miesiącach omijania fryzjera, w końcu powiedziałem dość. Ostatecznie w decyzji pomógł mi kalendarz. I nie mam na myśli zbliżającego się powrotu, tylko porę roku. Skończyła się zima, kiedy powietrze ma około 32 stopni Celsjusza i zaczęła wiosna, co oznacza wzrost temperatury dobre kilka stopni. Do tego w nocy temperatura prawie nie spada i bywa ciężko.

Wybór fryzjera był prosty, bo już go znałem sprzed lat. Nie trzeba się tu specjalnie anonsować czy zapisywać. Przede mną był tylko jeden, golony właśnie, klient. Gdy przyszła moja kolej, usiadłem, pokazałem w telefonie jakiej fryzury oczekuję i się zaczęło.

Tu nie zaczyna się od mycia włosów, bo zwyczajnie w zakładzie nie ma umywalki. Z resztą nie ma tu wielu rzeczy, które znam z punktów (słowo „salon” jest koszmarne) fryzjerskich w Polsce.
Cięcie trwało może 5 minut. Przy użyciu rozpylacza wody, nożyczek i zwykłego grzebienia, na których widniały jeszcze ślady wcześniejszych klientów. Podobnie, z resztą, jak na podłodze. Tu, nie ma czasu na zamiatanie po każdej osobie, zalegających włosów czy czyszczenia fryzjerskich akcesoriów. Wierzę, że robią to przynajmniej na koniec dnia. Ciekawie prezentowały się wiszące obok stanowiska, na którym siedziałem, wypełnione po brzegi różnymi specyfikami, półki. Stały na nich m.in.: ziołowy, przyjemnie śmierdzący olej do włosów i brody, olej kokosowy, wazelina, papier toaletowy, jakiś bez nazwy płyn po goleniu, pamiętający jeszcze Portugalczyków i zestaw kilku grzebieni i szczotek, które wyglądały tak, jakby człowiek który mnie strzygł używał ich do czesania ziemi w doniczkach. Ale takimi obrazkami nie wolno tu się przejmować. Zanim się obejrzałem miałem zupełnie klasyczną fryzurę, jak powiedziałaby moja babcia Zosia a’la Kennedy. Nie skorzystałem z oferty masażu głowy za pomocą elektrycznej ręki. To dodatkowa, dość popularna wśród mieszkańców Indii usługa, proponowana tu przez chyba wszystkie zakłady fryzjerskie. Mogłem się jeszcze ogolić. Gdybym to zrobił, byłbym namydlony pędzlem, ogolony brzytwą i na koniec wysmarowany ałunem. Jak dawno temu u naszego, polskiego golibrody. Poprosiłem tylko o przycięcie mojej coraz dłuższej i szerszej brody. Za całość zapłaciłem 150 INR czyli 8 zł.

Fryzjer w Indiach to nie tylko usługa. To także element kultury. Hindusi przychodzą do fryzjera dość często. Nie zawsze uporządkować włosy. Nie rzadko tylko się ogolić. Ale też odpocząć, odprężyć się i porozmawiać. Zakłady fryzjerskie to tutaj w dużej mierze miejsca spotkań i towarzyskich pogawędek. Często można tu zobaczyć grupkę znajomych, którzy otaczają strzyżonego i spędzają ze sobą miło czas.

Nasze pierwsze spotkanie z profesją fryzjerską w Indiach mieliśmy wiele lat temu w Bundi w Radżastanie. Podróżowaliśmy wtedy z naszym przyjacielem, który w trakcie jednego ze spacerów poczuł potrzebę uszlachetnienia wyglądu swoich wąsów. Idąc wieczorem ciemną ulicą starego Bundi, zajrzeliśmy za zamknięte drzwi zakładu fryzjerskiego. Dwaj pracownicy tej placówki raczyli się właśnie jakimś potężnie słodkim w zapachu ziołem, od którego zadymiony był cały zakład. Z błogim uśmiechem i miękkimi ruchami jeden z fryzjerów z wprawą ogolił kolegę (zdjęcie poniżej). A, że kolega był z zagranicy, został na koniec spryskany zakurzonym, na oko dwudziestoletnim, płynem po goleniu o nazwie Axe, który czekał właśnie na specjalnych klientów i specjalne okazje.

Jedna myśl na temat “U fryzjera

Odpowiedz na salmiaki Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s