Wwiercający się w nozdrza słodki, trochę kwaskowaty zapach. Delikatna, jasnozielona skórka i intensywny, żółty środek, który już samym kolorem zachęca do zjedzenia. Miękki, lepki, rozpływający się w ustach miąższ, o nieporównywalnym z niczym innym, smaku. Pozwala się zarówno nim nasycić jak i orzeźwić. To właśnie jest mango. My, wybieramy wersję świeżą i najchętniej mocno dojrzałą, choć nasze dzieci wolą tę przetworzoną, w postaci słodzonego chyba dziesięcioma łyżeczkami cukru, napoju o dźwięcznej nazwie Maaza.

Mango jemy najczęściej jako dodatek do owsianki, drugie śniadanie, popołudniową przekąskę, dodajemy do jogurtu i miksujemy na kremowe lassi. Dotychczas owoce, które kupowaliśmy, pochodziły z sąsiadującego z Goa stanu, Karnataka. Nie były drogie. Za kilogram trzeba było zapłacić około 220 INR czyli 12 zł. Jednak już za chwilę będzie można kupić je dosłownie za grosze. Od połowy marca, całe Goa staje się bowiem centrum owocowego raju.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za jakiś czas będziemy jeść owoce, zerwane z drzewa rosnącego tuż obok nas. Z resztą na ich zbiór natknęliśmy się ostatnio, przechodząc dobrze znaną nam drogą. Jakoś nigdy jednak nie patrzyliśmy na tyle wysoko, by dostrzec, co na mijanym rozłożystym drzewie rośnie. Teraz już to wiemy. Podobnie jak to, jak się mango zbiera. I to, że używa się do tego czegoś co wyglądem przypomina wędkarski podbierak.

Najpierw dostrzegliśmy mężczyznę pod drzewem. Nachylał się nad zieloną plandeką. Wokół niego leżały porozrzucane, jaskrawozielone owoce wielkości dużych jabłek. Potem zobaczyliśmy kolejnego człowieka. Ten, z kolei przy pomocy długiego kija zakończonego siatką, podbierał rosnące wysoko mango i wrzucał do stojącego na ziemi kosza. Dochodzący, gdzieś z wysoka szelest kazał nam spojrzeć jeszcze wyżej. Jakieś 5 metrów nad ziemią, wśród liści stał następny zbieracz i przy pomocy podobnego podbieraka rwał owoce. I tak, wpatrując się pare minut w jego pracę dostrzegliśmy jeszcze jedną osobę. Jedno drzewo, czterech mężczyzn. I dziesiątki owoców. Nasza Zośka bez pytania ruszyła w ich kierunku po czym w charakterystyczny dla siebie sposób skłoniła ich do oddania jej mango, triumfalnie nam je prezentując.

Żeby mężczyźni wrócili spokojnie do pracy, po zrobieniu kilku zdjęć, odeszliśmy. W drodze do domu, na jednej ze ścieżek, spotkaliśmy znanego z niedzielnych mszy bezdomnego, który bardzo polubił się z naszymi dzieciakami. Jakież było nasze zdziwienie, gdy mijając nas, wręczył Zośce kolejne mango, mówiąc coś w tylko dla siebie zrozumiałym języku. Podziękowaliśmy uśmiechem. Teraz dwa zielone mango dojrzewają sobie spokojnie w naszej indyjskiej kuchni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s