To będzie opowieść trochę baśniowa. Opowieść o dwójce starszych Anglików, których spotkaliśmy na goańskiej plaży dwa lata temu i o naszej drodze do domu Harrego Pottera w północnym Londynie. To będzie opowieść o tym, jak żyć, by zobaczyć naprawdę magiczny świat i zaczarowanych ludzi. Wszystko o czym piszemy wydarzyło się naprawdę, choć do dzisiaj i my nie do końca w to wierzymy.

Opowieść zaczyna się w zimie 2018 roku, gdy na trzy miesiące przyjechaliśmy do Benaulim z Zośką i Gutkiem. Spędzaliśmy wtedy prawie wszystkie poranki w jednym z beach shacków na naszej plaży. Zośka była zachwycona, bo na wyciągnięcie ręki miała plażę, ocean, zabawki i inne dzieci. Gustaw głównie leżał w bujaku i kontemplował szum oceanu. Zośki było wszędzie pełno, a że jest bardzo otwarta i bezpośrednia, zaczepiała i rozmawiała ze wszystkimi, którzy wydawali jej się ciekawi.

Niedaleko nas, codziennie w tym samym miejscu, tuż pod palmą, ogrzewali się w słońcu starsi ludzie. On, łysawy, z siwą bródką, ona drobna z krótkimi, białymi włosami. Zośka skradła ich serca, zanim zdążyliśmy zamienić z nimi pierwsze uprzejmości. Seville, dość szybko stał się głównym dostarczycielem lodów dla naszej córki, a Sheela ukradkiem zabawiała naszego małego, niewiele jeszcze rozumiejącego, Gucia. Okazali się bardzo ciepłymi i miłymi ludźmi. Byli niesamowicie dziarscy i dynamiczni. Seville codziennie przepływał w oceanie pokaźne dystanse, Sheela prawie każdego dnia korzystała z masaży, fryzjera, manicure. Non stop byli w ruchu, cały czas coś planowali, spotykali się z ludźmi, gdzieś wieczorem wychodzili. Gdy powiedzieli nam, że są po osiemdziesiątce, nie mogliśmy w to uwierzyć.

Ich wiek miał jeszcze jeden walor. Byli starej daty Londyńczykami. Ich język, sposób bycia i zachowanie było absolutnie nie z tego świata i pomimo niesamowitej młodości, która z nich biła, byli trochę jak z innego, zapomnianego świata. Owszem, Seville czasem łamał ten obraz swoim zachowaniem. Np. wtedy, gdy wychodząc z wody, robił ze swoich kąpielówek stringi, wywołując w nas rozbawienie i serdeczny uśmiech. Jednak galanteria i klasa, która ich otaczała była naprawdę niecodzienna.

Spędzaliśmy z nimi dużo czasu. Rozmawialiśmy o dzieciach, o Indiach, jakie pamiętają sprzed lat, o Londynie który tak lubimy, o brexicie, którego Seville zupełnie nie mógł zrozumieć, o polskiej historii i polityce. Mieli wyjątkowo dobre rozeznanie w bierzących wydarzeniach w naszym kraju.

Nasz i ich pobyt w Indiach dobiegał końca. Na pożegnanie Seville napomknął, że gdy tylko przyjedziemy do Londynu, mamy się odezwać i od razu do nich przyjeżdżać. Trzy miesiące później rzeczywiście wylądowaliśmy nad Tamizą i od razu napisaliśmy do naszych starych przyjaciół z Goa. Seville odpisał, że na nas czekają i że będzie nas wyglądał następnego dnia o umówionej godzinie na końcowej stacji Jubille Line.

Ruszyliśmy. Mieliśmy do przejechania prawie całą srebrną linię metra. Wysiedliśmy na opustoszałej stacji. Już z daleka dostrzegł nas Seville. Przywitał się wylewnie, uściskał nasze dzieciaki, z którymi w zasadzie był bardziej zaprzyjaźniony niż z nami i zabrał nas do samochodu. Jechaliśmy jeszcze dłuższy czas przez przepiękne przedmieścia Londynu. Mijaliśmy parki i coraz rzadziej porozstawiany okazałe, stare domy. Aż dojechaliśmy do bramy. „Tu właśnie mieszkamy” powiedział Seville. Odebrało nam mowę, bo wielu naszych znajomych ma całkiem ładne domy, ale do tej pory nie znaliśmy nikogo, kto by zamieszkiwał pałac. Przed nami rozpościerał się przepiękny neogotycki budynek, wyglądem przypominający zamek, a może ratusz. Okazało się, że to stara, masońska szkoła dla chłopców wybudowana na przełomie XIX i XX wieku. Dzisiaj podzielona na kilka części, które można kupić i w nich zamieszkać. Gdy weszliśmy do środka, poczuliśmy się jeszcze bardziej jak w pałacu. Powietrza z tej całej sytuacji upuszczał Seville, który oprowadzał nas po całym kompleksie w stylowych, dresowych spodniach z trzema paskami.

Jednak najlepsze było przed nami. Gdy weszliśmy do następnego pałacowego budynku, okazało się, że dostępna wyłącznie dla mieszkańców (i ich gości) sala gimnastyczna, to jest to miejsce, w której Harry Potter, wraz z innymi uczniami Hogwardu, jadał posiłki. W tym pomieszczeniu twórcy Harrego Pottera umieścili sceny z ogromnej jadalni, budując tu okazałą zamkową scenografię. W rzeczywistości było to przestronne miejsce do gier i ćwiczeń, pod którym, pod częściowo szklaną podłogą, znajdował się basen. Oczywiście chwilę później, wszyscy, razem z Sevillem i Sheelą w nim wylądowaliśmy. Po kąpieli była tradycyjna angielska zapiekanka przygotowana przez panią domu, którą zdecydowaliśmy się zjeść w nieco mniej przestronnej „komnacie”, niż ta ze znanej powieści J.K.Rowling. Zośka i Gustaw byli w siódmym niebie. Co prawda, oboje jeszcze nieświadomi tego w jakim miejscu jesteśmy, ale już sama obecność ich znajomych z Indii, była dla nich wystarczającą atrakcją. Spędziliśmy tam wspaniałe popołudnie. Takie, które na pewno na zawsze zapamiętamy.

W tym roku wyglądaliśmy Sevilla i Sheeli odkąd w październiku zjawiliśmy się w Indiach, ale na próżno. Wysłaliśmy do nich też kilka maili z pytaniami kiedy pojawią się na Goa. Nie odpisywali. Pytaliśmy o nich w domu, który zawsze tu wynajmowali, ale jak się okazało, na ten rok go nie rezerwowali. Zaczęliśmy martwić się o naszych przyjaciół do tego stopnia, że wysłaliśmy bliską nam osobę do ich londyńskiej posiadłości. Nie było ich co prawda w domu, ale portier powiedział, że z nimi wszystko w porządku i nie mamy co się martwić. Kontaktu nie mamy niestety do tej pory. Albo zmienili mejla, albo Seville zapomniał hasła.

A może to wszystko się wcale nie wydarzyło…

COURTESY OF WARNER BROS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s