90 dni. Tyle Polacy mogą jednorazowo przebywać na terenie Indii. Po tym czasie trzeba chociażby na chwilę opuścić kraj, by znów móc tu przyjechać na kolejne 3 miesiące. I nie ważne, czy ma się wizę na 6 miesięcy, rok czy 5 lat. Przed upływem 90 dni Indie trzeba opuścić i już. Takie są przepisy. Niestety, nasz czas na wyjazd nadszedł na początku stycznia, dokładnie w szczycie sezonu, kiedy to bilety nawet do najbliższych państw są wyjątkowo drogie. Najtańsza okazała się Sri Lanka. No więc polecieliśmy. Na całe 4 dni.

Już tu kiedyś byliśmy. Z małą Zośką i Gutkiem w brzuchu. Spędziliśmy bardzo miłe dwa i pół tygodnia, ale żałowaliśmy, że nie wybraliśmy wtedy Indii. Objechaliśmy kilka miejscowości na południowym wybrzeżu i na koniec stolicę kraju, po której mieliśmy mały niedosyt. Szybko znudziło nas lankijskie jedzenie, rozczarowały plaże, zniechęciły dość wysokie ceny. Mimo wszystko ten kierunek był jednym z tańszych, a skoro i tak mieliśmy zapłacić kilka tysięcy złotych za bilety w obie strony, trochę szkoda byłoby nie zostać na miejscu choć chwilę. Postanowiliśmy pobyć kilka dni w Colombo, z którym mieliśmy najlepsze wspomnienia.

Z Goa nie ma bezpośredniego samolotu na Sri Lankę. Musieliśmy najpierw w nieco ponad godzinę dolecieć do Chennai, a potem po kilku godzinach oczekiwania, do Colombo. Problem w tym, że pogoda pokrzyżowała nieco plany i zanim opuściliśmy terytorium Indii, przesiedzieliśmy jeszcze w samolocie niecałe dwie godziny. Na „osłodę” każdy z nas otrzymał pudełko, wypełnione po brzegi indyjskimi „przysmakami”. Piekielnie ostrymi chipsami, ciastkami, które, jak głosił napis, miały mieć smak pomarańczowy, ukochanym przez nasze dzieci napojem o smaku mango, czymś na wzór brownie z datą ważności na kilka lat do przodu i jeszcze kilkoma innymi, mocno przetworzonymi smakołykami. Przed zjedzeniem wszystkiego powstrzymał nas nie tylko zdrowy rozsądek, ale i pierwsza próba przełknięcia chipsów. Dla większości z nas, nieudana.

Gdy dolecieliśmy na miejsce, wystarczyło wziąć lotniskową taksówkę, która zawiezie nas prosto do zarezerwowanego wcześniej hotelu. Tak też zrobiliśmy, choć droga do celu była niezwykle kręta. Już po kilku minutach jazdy wiedzieliśmy, że nasz wyjątkowo gadatliwy kierowca będzie próbował różnych sztuczek, by zarobić znacznie więcej niż za ten jeden kurs. Nie dość, że co chwilę pytał nas co chcemy zobaczyć i proponował usługi swoje lub swoich znajomych, to jeszcze nie jechał prosto do hotelu, a kluczył po mieście bez sensu. Gdy się zorientowaliśmy, że coś kombinuje, udawał, że nie wie gdzie nasz hotel jest, więc może najpierw zawiezie nas jednak na pyszny obiad. Po naszych grzecznych prośbach, stanowczych tłumaczeniach i groźbach zawiadomienia policji, taksówkarz nie odpuszczał. W końcu, po dzikiej awanturze, stojąc na czerwonym świetle, zaczęliśmy wysiadać z samochodu. Kierowca przepraszał i błagał, ale byliśmy zbyt zmęczeni i wściekli. Odeszliśmy bez płacenia. Poszliśmy do znajomego supermarketu na małe zakupy i szybkie jedzenie. Do hotelu dowiozła nas po godzinie inna taksówka. Bez zbędnych słów i komplikacji.

Nie byliśmy specjalnie zdziwieni, jak po jakiś trzech godzinach od zameldowania, zadzwoniła do nas hotelowa recepcja, że na dole czeka jakiś pan i policja. Wytłumaczyliśmy więc wszystkim spokojnie całe zajście, funkcjonariusze ze zrozumieniem nas wysłuchali, a nad wyraz małomówny tym razem taksówkarz ze skruchą upomniał się o zapłatę za kurs. Zapłaciliśmy połowę należności. Bogatsi o kilkaset lankijskich rupii i nowe doświadczenie, rozpoczęliśmy eksplorowanie miasta. Po kilkukilometrowym spacerze, obfitej kolacji i ekspresowej kąpieli, wszyscy padliśmy ze zmęczenia.

Kolejne dni minęły nam na włóczeniu się po mieście w poszukiwaniu ciekawych miejsc, budynków, zapachów i smaków. Trochę inspiracji znaleźliśmy w internecie, trochę pytaliśmy miejscowych. Niestety, do polecanych w przewodnikach „must see” nie mieliśmy szczęścia i to chyba dobrze. Widowiskowa Lotus Tower, która miała być od stycznia 2020 roku otwarta, otwarta jeszcze nie była, Colombo Dutch Museum także było zamknięte na cztery spusty, podobnie jak Jami-Ul-Alfar Mosque, który na szczęście robił wystarczające wrażenie z zewnątrz. Spacerowaliśmy więc sobie w mniej lub bardziej znane zakątki miasta, odkrywając co chwilę coś, przy czym zostawaliśmy na dłużej. Codziennie koło południa robiliśmy przerwę w parku nieopodal urzędu miasta, który z pewnością architektoniczną inspirację brał z waszyngtońskiego Kapitolu.

Ciekawym doświadczeniem okazała się też wizyta w galerii. Handlowej. Otworzonej dosłownie kilka tygodni przed naszym przyjazdem. Poza sklepami z popularnymi markami, większość stanowiły albo indyjskie, albo te luksusowe, których w polskich centrach nie ma. Naszym celem był sklep spożywczy, gdzie zrobiliśmy małe, wieczorne zapasy. Przy okazji zaobserwowaliśmy dość ciekawe zjawisko. Przy ruchomych schodach gromadził się spory tłum muzułmanek, które były albo tak podekscytowane możliwością przejazdu, albo tak nim wystraszone, że bały się wejść na jadące schody. Utrudniało to nieco poruszanie się po galerii, ale uznanie w ich oczach, gdy wraz z trójką dzieci i wózkiem sprawnie korzystaliśmy z tego typu udogodnienia wywołało u nas życzliwy uśmiech.

Ogromne wrażenie zrobił na nas Kościół św. Antoniego, gdzie w Niedzielę Wielkanocną 2019 roku doszło do jednego z serii zamachów terrorystycznych. Dziś, wejścia do kościoła pilnuje policja, teren wokół otoczony jest porządnym, metalowym parkanem, a żeby wejść do środka, trzeba przejść przez bramki bezpieczeństwa takie jak na lotnisku. W kościele panuje kompletna cisza i skupienie. Zarówno wierni jak i turyści zapalają świeczki ku pamięci ofiar tamtego dramatycznego wydarzenia.

Daliśmy Sri Lance drugą szansę jeśli chodzi o jedzenie. Śniadania, jedzone w hotelu, smakowały najlepiej. Nie ważne czy robiliśmy to w jadalni na dachu z widokiem na miasto, czy na podłodze w pokoju. Reszta posiłków, choć smaczna, zdecydowanie przegrywała z bogactwem indyjskich smaków.

Po czterech bardzo gęstych dniach dzieciaki marzyły żeby wrócić już „do domku” czyli do naszego domu w Benaulim. Colombo nas nie zawiodło, często wracamy do tej krótkiej ale bardzo intensywnej podróży. Jeszcze kiedyś tam polecimy. Na pewno nie tylko po herbatę i stempel.

Jedna myśl na temat “Stempel za kilka tysięcy złotych

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s