Indie to mnóstwo ciężkich smaków. Przyprawy, gęste sosy, tłuste maślane placki, curry, pieczone mięsa unużane w aromatycznych zawiesinach. Wszystko takie, że po posiłku uginają się nogi. Rzadko wstajemy tu od restauracyjnego stołu z lekkością i delikatną sytością. I po kilku tygodniach takiego „męczenia się” zaczynamy marzyć o jakiejś czystej i jednorodnej formie kulinarnej. I ona tu jest!

Paneer. To narodowy produkt kuchni indyjskiej. Robi się go dokładnie tak samo jak nasz rodzimy twaróg, z tą różnicą, że do podgrzewanego mleka dodaje się sok z cytryny. Nie ma hinduskiej restauracji, w której nie podaje się mieszanek curry z tym pokrojonym w kostki twarogiem. W gorącym daniu, jego konsystencja staje się delikatna jak pianka. Chętnie przejmuje smak tego co dokoła, ale sam też ma wyczuwalny smak nabiału. Podaje się go tutaj w zasadzie z każdym curry, robi się też z niego coś w rodzaju jajecznicy z sera, podsmaża się go też z warzywami bez sosu, a tylko w samych przyprawach. Można dostać go również w wersji tikka czyli marynowany w przyprawach i grillowany w piecu tandoor.

Aby zdobyć świeży paneer jeździmy do pobliskiego Margao. Tam, nieopodal bazaru jest sklep Panjab Sind, gdzie za ladą, na tacy leży owinięty gazą, porządny kawał sera, który sprzedawcy kroją po kawałku. Zazwyczaj prosimy, ważący prawie kilogram, zapas na 2 dni. Więcej nie wytrzyma w lodówce. Szybko u nas znika. Najczęściej scenariusz jest taki, że pierwszy kawałek idzie na poranny twarożek, po południu robimy go z lekkim sosem z pomidorów, cebuli, papryki z dodatkiem nasion cebuli, czosnku, masła i świeżej kolendry. Jak starczy do następnego dnia, to jeszcze chętnie przygotujemy go na kolację z burakami, czosnkiem i oliwą. Pod każdą postacią jest doskonały.

Najśmieszniejsze co mogło spotkać ten ser z naszej strony, to wprzęgnięcie go w poczet dań bożonarodzeniowych. Mieliśmy już taki przesyt indyjskiej kuchni, że marzyliśmy o odtworzeniu na święta jakiegoś smaku z Polski. Paneer okazał się być świetnym pomysłem. Zrobiliśmy go z kwaśnym jogurtem, świeżym ogórkiem i cebulą. Smakował tak samo, jak ten nasz krajowy. Ciekawe w ilu domach Boże Narodzenie kojarzy się z twarożkiem. Nam już zawsze będzie.

Generalnie gotujemy tutaj sami. Tak jest przede wszystkim wygodniej. Lokalne knajpy kompletnie nie są przygotowane na rodzinę 2+3. O fotelikach dla maluchów lepiej zapomnieć. Choć miejsce w naszej kuchni jest mocno ograniczone więc nie raz, szykując posiłek zdarza nam się siarczyście przekląć. Także dlatego, że brakuje nam dużych garnków. Większość rzeczy przygotowujemy więc w przywiezionej z Polski patelni. Gotujemy w niej ziemniaki, kukurydzę, mieszamy sałatę, smażymy mięsa, ryby i naleśniki. Gdy mamy dość tych kuchennych wygibasów lub po prostu nam się nie chce chodzimy na obiad do pobliskiej garkuchni, czasem też do innych, bardziej turystycznych restauracji. Zdarza się, że bierzemy z zaprzyjaźnionego lokalu dahl na kolację, ale są to sporadyczne przypadki. Większość posiłków jest naszego autorstwa. Mimo domowych niedogodności lubimy to robić. Przede wszystkim jest tu pod ręką mnóstwo świeżych produktów, oryginalnych warzyw, egzotycznych owoców i przypraw, które dają pole do popisu. No i jest paneer, który towarzyszy nam od śniadania, przez obiad, po kolację i nigdy się nie nudzi.

I chyba wspominaliśmy już o tym, że jak w niedalekiej przyszłości kupimy sobie psa, tak właśnie będzie się nazywał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s