Przed chwilą wstaliśmy i przeczytaliśmy o wprowadzeniu stanu zagrożenia epidemiologicznego w Polsce. Dla nas najważniejsze ograniczenie to oczywiście zamknięcie granic. Do niedzieli nie zdążymy wrócić. Musimy podjąć decyzję co robimy dalej.

Powrót mamy zaplanowany na 28 marca. Do tego czasu, jeśli sytuacja w Polsce się nie poprawi i stan zagrożenia nie zostanie zniesiony, w zasadzie nie mamy jak wrócić. Czytamy, że mają być realizowane połączenia czarterowe, które wwożą Polaków do kraju, ale stąd już żadne polskie czartery nie latają. LOT na swojej stronie napisał, że w zaistniałej sytuacji bezpłatnie przenosi zarezerwowane bilety na inne terminy. Ale kiedy będzie inny termin, tego nikt nie może wiedzieć.

fot. high-five.pl

No i utknęliśmy. Co prawda, to ekonomicznie lepsza sytuacja niż zamknięcie w USA, Szwajcarii, czy Japonii, a i pogodowo znacznie przyjemniej być tu uwięzionym niż w Finlandii, czy Islandii, ale jednak utrata poczucia swobody nie jest komfortowa. Szczególnie z małymi dziećmi. Na razie możliwości ruchów mamy ograniczone. Zaczynają dochodzić do tego obostrzenia rządów poszczególnych stanów w Indiach, w których pojawiają co chwila nowe restrykcje w przemieszczaniu się.
Opcji powrotu nie ma zbyt wiele. Droga do domu jest jasna. Musimy stąd dostać się do jednego z dużych portów lotniczych. W grę wchodzi Mumbai, Chenai, Bangalore i New Delhi. Stamtąd trzeba łapać jakiekolwiek pośrednie połączenia z Polską. Jeśli wszystko wróci do normy, to tylko ze stolicy jest szansa na powrót do Polski bezpośrednio LOTem. Z każdego innego miasta loty będą łączone, przez co trwać mogą od kilkunastu do kilkudziesięciu godzin czy nawet kilku dni.

Jeśli jednak granice w Indiach zostaną zamknięte, a Polska wciąż będzie w stanie klęski epidemiologicznej, to musimy przedłużyć pobyt tutaj. Dzisiaj sprawdzimy, czy będziemy mogli zostać w naszym domu dłużej, czy będziemy musieli zmienić miejsce zamieszkania. Mamy nadzieję, że nie pojawią się tutaj spekulanci, którzy będą chcieli skorzystać z sytuacji. Zaczynamy się rozglądać.

A tymczasem, od wczoraj cała i zdrowa (to się okaże w ciągu najbliższych 14 dni 🙂 ) rezyduje u nas Beata. Za chwilę ruszamy do Margao. Kupimy trochę specyfików higienicznych (przede wszystkim żel antybakteryjny) i wracamy do siebie. Musimy sami robić tu sobie małą kwarantannę.

****************************************


A teraz pare słów o samym przyjeździe Beaty

Po 35-godzinnej podróży wreszcie dotarła do celu. Cała i zdrowa. Pare minut po godz. 16 stanęła w naszych drzwiach. Przerażona sposobem jazdy indyjskich taksówek, głodna, spragniona, ale ciekawa tego co nowe.

Krótką chwilę po przekroczeniu progu naszego domu, Zośka bezceremonialnie zapytała: „Beatka co nam przywiozłaś?”. Wtórował jej Gutek, który wpatrzony w nią drążył temat: „Masz dla nas jakieś prezenty?”. My, nie zdążyliśmy nawet jeszcze zaproponować naszemu gościowi wody, herbaty czy kawy, o przygotowanym wcześniej obiedzie nie wspominając, a nasze dzieci już o siebie zadbały. Ale dostały to, czego oczekiwały. Prosto z Londynu przyjechał cały szereg przedmiotów sygnowanych przez samego Misia Paddingtona. Po obejrzeniu dwóch filmów z jego udziałem, z dnia na dzień, stał się przecież dla nich ulubioną, filmową postacią.

Po zabawach, krzykach radości i złości, poruszeniu tysiąca tematów, wypiciu wody i kawy, zjedzeniu polskiej wariacji indyjskiego jedzenia z paneerem w roli głównej, ruszyliśmy na krótki spacer, by pokazać Beacie choć kawałek „naszych śmieci” zanim się ściemni. Poszliśmy w kierunku plaży robiąc po drodze przystanek na świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej z dodatkiem limonki i imbiru. Beata piła go po raz pierwszy w życiu. I jak twierdzi, na pewno nie ostatni.

Gdy tylko zbliżyliśmy się do plaży, Gutek jak gdyby nigdy nic chwycił Beatę za rękę i trzymając w drugiej dłoni swój prezent, zaprowadził ją do wody. Szybko dołączyła też Zośka (oczywiście wraz ze swoim podarunkiem) i we trójkę szaleli mocząc stopy w Oceanie podziwiając przy okazji zachodzące słońce.

Wracając do domu dzieci jednogłośnie zdecydowały co jemy na kolację. Do wyboru był dahl albo momosy. Wygrały pierożki, które po raz pierwszy w życiu z ogromnym apetytem zjadła nawet mała Franka. Potem była wieczorna dobranocka i szybki prysznic. Dziś, w rolę piżam wcieliły się t-shirty z Misiem Paddingtonem. Franka odpłynęła w bujaku, Zośka i Gustaw marzyli by zasnąć w łóżku cioci Beaty, ale nie mieli siły czekać więc padli w swoich. Mamy trochę planów na te 14 dni. Beata nie wie jeszcze co ją tu czeka, ale my już wiemy, że buty, które ze sobą wzięła niebawem się rozpadną. Za mało mamy czasu by siedzieć, czekać co dalej i nic nie robić.

4 myśli na temat “Utknęliśmy w Indiach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s