Taksówkarz przyjechał po nas o 10.30. Zapakowaliśmy graty i ruszyliśmy zostawiając za sobą pół roku oszalałego czasu. W drodze na lotnisko mijaliśmy bardziej i mniej znane kąty. Jeszcze na dobre nie wyjechaliśmy, a już przyglądaliśmy się im z tęsknotą. Nie tylko za tym miejscem, ale przede wszystkim za takim sposobem życia.

Z nostalgii szybko wyrwały nas nasze dzieci. Jedno chciało pić, drugie miało bardzo ważną refleksję na temat przedwczorajszego obiadu, a trzecie chyba samo nie wiedziało czego chce, więc by rozładować emocje, zaczęło płakać. Na lotnisko dotarliśmy po 45 minutach. Baliśmy się potężnych kolejek a tu niespodzianka. Kompletne pustki. Niektórzy podróżni w maseczkach, a w hali głównej rozpylona szara mgła jakiegoś specyfiku. Widok apokaliptyczny.

Po całkiem niezłym lotniskowym obiedzie i obowiązkowej obserwacji startujących samolotów, przyszedł czas na nas. I tu znów brak tłumów. Przed nami w samolocie pojedyncze niezajęte miejsca, za nami cały rząd wolny, z czego chętnie od razu skorzystaliśmy. Dopóki Gutek nie padł, biegaliśmy za nim na zmianę raz w jedną, a raz w drugą stronę. Zapasy przekąsek w postaci orzeszków i rodzynek dość szybko się nam wyczerpały, więc ciężko było małym szantażem utrzymać go na swoim miejscu. Franka też miała dość siedzenia na kolanach, ale w jej przypadku złotym środkiem zawsze jest cycek. Tak więc jadła i drzemała na przemian. Zośka była najbardziej bezproblemowa. Zajęła się rozpakowywaniem zabawek ze swojego plecaka, czytaniem pokładowej gazetki, a na koniec rysowaniem kartek i przy okazji samolotowego stolika. 

Po dwóch godzinach lotu dość szybko udało nam się odebrać bagaże, załatwiliśmy sobie lotniskową taksówkę i ruszyliśmy do znajdującego się obok lotniska hotelu. Po paru minutach jazdy, okazało się, że tylne suwane drzwi tuż obok Zośki, są cały czas otwarte. Indie…

W miasteczku hotelowym obok lotniska na każdym rogu i przy każdych kącie stoją ludzie ze specyfikami do odkażania rąk. Hotel o niezłym standardzie, a porównując go do naszych codziennych potrzeb, to aż przekręcony. Dostaliśmy w prezencie od szefa zmiany porządny dwupokojowy apartament, w stylu niestety nieco miasteczkowo-wilanowskim, ale i to przeżyliśmy. Restauracja hotelowa robiła wrażenie, bo w formie bufetu można było odbyć kulinarną podróż po całych Indiach od północy do południa. W Polsce bufet, kojarzy się z najgorszymi krajowymi tradycjami tzw. szwedzkiego stołu z lat 90-tych. Tutaj, jakość tego co jedliśmy zamiatała. To była naprawdę świetna kuchnia. Wygrał bakłażan i ryba w sosie z kokosa. Dzieciaki jadły w zasadzie jedyne europejskie danie jakie tam było, czyli cannelloni z kurą. Nudne, ale im wchodziło. Na koniec wszyscy zrobiliśmy sobie małą przerwę od niejedzenia słodyczy i zjedliśmy powalający czekoladowy, gorący pudding. 

W hotelu wymieszani ludzie z całego świata. Niewielu widzieliśmy z maseczkami na twarzy. Wszyscy raczej w normalnym rytmie, a nie w alercie wirusowym. I w zasadzie tak chcemy tego wirusa w domu traktować. A jakże, stosować się do wszystkich zaleceń, ale karmienie jakiś niedookreślonych lęków i zbiorowa histeria nie jest nam do niczego potrzebna. Czego sobie i Wam życzymy. Do zobaczenia w Polsce, ale dopiero za dwa tygodnie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s