Trochę nas tu nie było. Prawie pół roku temu pakowaliśmy kartony, worki, znosiliśmy do piwnicy i rozwoziliśmy po domach najbliższych. Teraz trzeba to wszystko wnieść i rozpakować. Wiele rzeczy po prostu wyrzucić, bo nie chcemy dłużej obrastać przedmiotami. Mamy na to minimum 14 dni kwarantanny więc w zasadzie z niczym się nie spieszymy.

Noc dla dzieci rozpoczęła się około godz. 19. Padła cała trójka. My krzątaliśmy się po domu jeszcze chwilę i przed 21 też już leżeliśmy w łóżku. Koniec spania dla jednego z nas nadszedł o 4.00, kiedy to Franka stwierdziła z uśmiechem, że teraz czas na zabawę. Godzinę później wstała Zośka i starym zwyczajem poprosiła o „kawkę”. Ostatni zerwał się Gutek, który przespał prawie 14h. Obowiązkowo po przebudzeniu, zgodnie z rytuałem z ostatnich 6 miesięcy, każde z nas wypiło przywiezione z Indii zioła. Zjedliśmy razem świetne śniadanie, zrobione z dostarczonych nam dzień wcześniej przez naszą rodzinę zapasów. Był chleb razowy i pasta z tuńczyka, szczypiorku i kukurydzy. Potem jeszcze trochę jabłek i bananów, a także dużo kawy. My byliśmy gotowi by wziąć się od razu do roboty, nasze dzieci już stały z pilotem od telewizora w ręku i uśmiechem od ucha do ucha.

Gdy przyjechaliśmy z lotniska, poza ogromnymi zakupami spożywczo- chemicznymi czekały na nas przyniesione z piwnicy meble i kartony. Nasza rodzina, przywiozła nam dzisiaj jeszcze kilka worków i pokrowców z ubraniami, które zawieźliśmy im tuż przed wylotem. Zadbali też o pare rzeczy, które zapomnieliśmy zamówić robiąc listę zakupów. Mamy wrażenie, że teraz mamy wszystko, czego potrzebujemy, a nawet dużo więcej. I mamy na kogo liczyć. A to, bardzo budujące poczucie.

Najchętniej byśmy niczego tu nie robili. To, że w mieszkaniu jest trochę pustawo, nie ma tych wszystkich zalegających na półkach pierdół, dało nam dużo spokoju i radości. Niestety, żyjąc na 64 metrach kwadratowych w pięć osób, taki minimalizm jest dla nas niemożliwy. Może kiedyś do tego dojrzejemy albo nauczymy się jak to się robi. Niebywałe, jak dużo mamy niepotrzebnych rzeczy i jak dotychczas ciężko nam było się z nimi rozstać. Mimo to, rozpakowując kolejne wory i kartony zrezygnowaliśmy z bardzo wielu przedmiotów. Najwięcej radości dał nam brak zawieszonego na ścianie w kuchni telewizora. Wpatrujemy się w wiszący tam teraz obraz i czujemy, że o to właśnie chodzi.

Świadomie, nie zabraliśmy z piwnicy kartonów z zabawkami dzieci. Ile szczęścia dało im (a przy okazji nam) przez ostatni czas posiadanie tylko kilku rzeczy, pisaliśmy już wcześniej tu:
https://high-five.pl/2020/02/19/toy-story/
Trzymamy się więc tego tak długo, na ile starczy nam konsekwencji. Za jakiś czas zamienimy to, co teraz jest w ich pokoju, na jeden z kartonów z piwnicy.

Dobrze nam też idzie z wyrzucaniem ubrań, których nie używaliśmy przez dłuższy czas zanim wyjechaliśmy do Indii. Jeszcze niedawno, pozbywanie się ich było niemożliwe. Teraz, może nie z lekkością ale stanowczo się z nimi żegnamy robiąc sobie dodatkową, tak ważną dla nas przestrzeń. Mieszkając w dość dużym, indyjskim domu mieliśmy bardzo ograniczoną liczbę rzeczy i bardzo dużo miejsca. Teraz jest odwrotnie. Przedmiotów mamy zdecydowanie zbyt wiele, a metrów, na których żyjemy dużo za mało. Próbujemy więc pozmieniać nieco te proporcje. Powiększyć mieszkania się raczej nie da. Jedyne co więc nam zostało to redukowanie wszystkiego, co przez lata zgromadziliśmy.

Cieszy nas bardzo pełna indyjskich produktów, torba, którą w zasadzie rzutem na taśmę mogliśmy skompletować. Pokaźny zapas ziół, masala czaj, kadzidła, mydła, kolorowa narzuta na łóżko i trochę drobiazgów dla najbliższych. Może to nie do końca normalne ale postanowiliśmy przywieźć sobie nawet płyn do mycia podłóg o zapachu sandałowym. „Wieje sandałem” zyskało dla nas teraz zupełnie nowego znaczenia.

Pomimo, że sercem cały czas jesteśmy jeszcze tam, a nie tu i już w drodze z lotniska rozmawialiśmy o tym, żeby zamówić sobie do domu jedzenie z jednej z warszawskich, indyjskich restauracji, ostatecznie wybraliśmy inaczej. Na stół wjechały więc kotlety schabowe z ziemniakami, buraczkami i zasmażaną kapustą, a chwilę wcześniej żurek i rosół. Co prawda wszystko przesolone, ale zjedzone przez nas ze smakiem. Pierwszy, w życiu Franki kotlet schabowy, mimo, że pozbawiony panierki wchodził jej jak trzeba.

Koło 16 jedno z nas (to, które wstało o 4) i jedno z naszych dzieci (to, które wstało o 4) postanowili chwilę się przespać. Szczerze mówiąc, liczyliśmy, że drzemce poddadzą się wszyscy, bez wyjątku, no ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, dzieci mają nieco inne plany. Oczekiwania kontra rzeczywistość. W pionie trzymała nas popijana przez cały dzień kawa. Po południu przyjechał nasz przyjaciel, który prowadzi w Warszawie bardzo dobre miejsce. Kawiarnia Kawałek, co prawda, chwilowo nie działa, ale oferuje genialną usługę. Można zamówić kawę z dostawą prosto do drzwi i zrobić ją sobie w domu. Armand zostawił więc nam małą torebkę na wycieraczce, a my czym prędzej zabraliśmy ją do środka i od razu zaparzyliśmy. Dzięki temu wytrzymaliśmy prawie do 22, robiąc po drodze wszystko to, co trzeba było w domu zrobić. Wykąpaliśmy i położyliśmy spać dzieci, co prawda nie daliśmy im kolacji, ale były tak zmęczone, że sobie po prostu odpuściliśmy. My, koło 21 na szybko wrzuciliśmy tylko do brzuchów razowy z masłem i kiszonym ogórkiem, za którym naprawdę się stęskniliśmy. Ogarnęliśmy po całym dniu chatę i padliśmy.

Pierwszy dzień polskiego, domowego życia upłynął nam szybko, gęsto i radośnie. Nieważne gdzie i jak długo jesteśmy, lubimy wracać do naszego mieszkania. Mamy poczucie, że tu poza nami mieszka dobro i (mimo zgiełku), spokój. Opiekująca się, na czas naszej nieobecności, naszym kątem Weronika, stworzyła tu bardzo przyjemny, bliski nam skandynawski klimat. Powitała nas unosząca się w powietrzu woń eterycznych olejków, widok zasuszonych traw stojących w szklanych butelkach, jasna przestrzeń i myśl o nowych możliwościach. Jesteśmy u siebie.

Jesteśmy w Polsce. Jesteśmy nadal cały czas razem i póki co się nie nudzimy. Jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Jesteśmy zdrowi. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby jak skończy się to całe szaleństwo, znów gdzieś pojechać…

2 myśli na temat “Dom, w którym wieje sandałem

  1. My już od środy w Polsce !!!
    Zostało jeszcze 10 dni !
    Sprzątanie ,słuchanie i wspominki z Goa !
    Da się wytrzymać.
    Wczoraj dowiedziałem się ,ze muszę zrobić zgłoszenie do Sanepidu !
    I rzeczywiści ,służby graniczne nie powiadomiły o naszym powrocie do kraju !
    Radzę Wam tez tak zrobić ! Statystyki będą im się wreszcie zgadzały 😎
    Pozdrowienia 🌴🌴🌴

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s