Wróciliśmy z Indii z dwoma plecakami i torbą kupionych na szybko pierdół dla rodziny i przyjaciół. Przyjechaliśmy do pustego domu, bo większość zapakowanych w kartony i torby naszych rzeczy, czekało w piwnicy lub było porozrzucane po innych domach. Po tygodniu od naszego powrotu mamy wszystko- rozpakowane graty, uzupełnianą co chwilę, pełną lodówkę i coś jeszcze – przekonanie, że jest wokół nas masa ludzi, którzy każdego dnia o nas dbają.

Nie jesteśmy najlepsi w proszeniu o pomoc. Ale też świetnie nam się funkcjonuje gdy jesteśmy samowystarczalni. To świadomy wybór, a nie żadne poświęcenie. Dotychczas, z pomocy rodziny, przyjaciół czy znajomych, korzystaliśmy naprawdę sporadycznie i to w wyjątkowych przypadkach. 14 dni kwarantanny, to owszem, przypadek niecodzienny, ale jednak dość przewidywalny. 2 tygodnie siedzenia w domu i korzystania z tego, co się w tym domu znajduje. Zarówno jeśli chodzi o zabawę jak i zaspokojenie podstawowych potrzeb. Tak czy inaczej to 14 dni mniejszych lub większych zachcianek pięciu osób! Dotychczas, gdy na kolacje zamarzyła nam się sałatka z czarnymi oliwkami, których nie mieliśmy, po prostu wychodziliśmy do pobliskiego sklepu i w ciagu kilku minut, organizowaliśmy sobie to, czego potrzebowaliśmy. Gdy dzieci chciały jabłka, bach, były jabłka. Zabrakło nam proszku do prania, tadam, zjawiał się w ciągu chwili. Tym razem, jeszcze z Indii, musieliśmy stworzyć listę zakupów od zera, bo w polskim domu nie mieliśmy praktycznie nic. Nie było to łatwe, tym bardziej, że przez ostatnie pół roku, niewiele do życia potrzebowaliśmy. Tu, jak się okazuje, trzeba nam znacznie więcej.

Rodzina zadbała nie tylko o to, żeby zakupy czekały na nas w domu, ale i wzięli na własne barki przyniesienie z piwnicy łóżek dzieci i kilku kartonów. Dzięki temu, od pierwszego dnia, mieliśmy wszystko, co było nam potrzebne. W ciągu kolejnych dni pojawiały się i kolejne potrzeby. Zapomnieliśmy np. że jest taki wynalazek jak zmywarka i jesteśmy jego szczęśliwymi posiadaczami. Przyzwyczajeni do codziennego zmywania samemu, nie zamówiliśmy więc kapsułek. Przeżylibyśmy zapewne i bez nich, dzieląc się na przemian zmywakiem, ale szybka matematyka wykazała, ile cennego czasu na tym tracimy. Zaczęła więc powstawać kolejna lista. I potem jej uzupełnienie i tak w zasadzie ciągle. Coś się kończy, czegoś brakuje, bez jakiegoś składnika się nie da. I to pomimo tego, że nie przesadzamy, że staramy się żyć, funkcjonować, gotować jak najprościej, normalnie i bez szaleństw.

Zanim jeszcze wróciliśmy do Polski, wiele osób pisało do nas ze wsparciem i propozycją pomocy, jeśli tylko czegoś będziemy potrzebować. Było to bardzo miłe, dawało poczucie siły i spokój. Dziś juz wiemy, że to nie były słowa bez pokrycia. De facto zmuszeni jesteśmy korzystać z pomocy, bo wyjść z domu nie możemy, nawet do stojącego obok naszej kamienicy, śmietnika. Wierzyliśmy naiwnie, że pozostaniemy zupełnie niezależni robiąc zakupy internetowo. No tak, ta opcja jest dostępna, tyle tylko, że najbliższy termin dostawy jest za niecały miesiąc.

Niesamowite jest to, że Ci, którzy pomagają nam najbardziej, to osoby, które sami mają nie mało na głowie. Adam z Patrycją właśnie się przeprowadzają i wykańczają nowe mieszkanie. Mimo to, zawsze znajdują czas na noszenie naszych pudeł, zrobienie zakupów czy codzienne pytanie co u nas i czy czegoś nam nie potrzeba. Już pierwszego wieczoru przywieźli nam pastę do zębów dla dzieci. Potem kilkakrotnie dowozili jeszcze zrealizowane w aptece recepty i całkiem spore zakupy. Co ciekawe, za każdym razem, gdy przyjeżdzają z zaopatrzeniem, zostawiają je pod samymi drzwiami i w zasadzie bez pytania zabierają nam też śmieci. To nieco krępujące, ale z drugiej strony niesamowicie budujące, że pomoc w tak prozaicznych czynnościach nie stanowi dla nich problemu. Iza z Grzegorzem sami wnieśli kilkanaście toreb z zakupami, 7 worów i 5 pokrowców z ubraniami na sama górę. Do tego wszystkiego dodali jeszcze bukiet tulipanów, czekoladki i zestaw zabawek dla każdego dziecka. I choć mieszkają kilkadziesiąt kilometrów od nas, gotowi są by znów pomóc. Ania, co kilka dni przywozi nam świeże pieczywo. To dla nas niezwykłe, bo przez pół roku mieliśmy kompletny deficyt dobrego chleba, a i wcześniej nie rzadko jadaliśmy takie kilkudniowe. Teraz, mamy raj! Gdy poprosiliśmy Anię o małe zakupy, do których co kilka godzin dokładaliśmy kolejne produkty, nie dość, że kupiła nam wszystko to, co chcieliśmy, to jeszcze wręczyła bukiet żonkili i wielkanocne drobiazgi dla dzieci. Z Bartkiem nigdy nie byliśmy tak blisko, by kupił nam cokolwiek, więc prośba o kurczaka zagrodowego i kilka innych rzeczy, była z naszej strony trochę niecodzienna. Tym bardziej, że Bartek codziennie chodzi do pracy, a przy okazji remontuje swoje mieszkanie. Po dwóch godzinach przyjechał ze wszystkim co zamówiliśmy i ofertą ponownych zakupów. No, skarb nie człowiek!

Gdyby ktoś przez przypadek, w najbliższych dniach, przechodził obok Lukullusa…

3 myśli na temat “Z wdzięcznością

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s