Parę dni temu mój kolega opublikował na FB fotografię osiedlowego śmietnika na Powiślu i niemieszczących się w nim pustych butelek po alkoholu. Od początku pandemii słyszę zewsząd żarty i żarciki, jak to „alkohol zabija koronę”, że „trzeba oliwić tę zarazę”, i że my, Polacy to sobie poradzimy, bo nie takie rzeczy… Brakuje tylko zestawu husarskich piór dodawanych w sklepie do flaszki i hajda na!!! Po naszemu. Jak zawsze.

Sięgam po ten temat, bo mam wrażenie, że w naszych domach nie dzieje się najlepiej. Z szybkiego reaserchu wynika, że sprzedaż alkoholu w ostatnich tygodniach w Polsce ma się świetnie. Z resztą dwie wizyty w sklepie w ostatnich dniach nie pozostawiają złudzeń. Obok żywności, koszyki wypełnione winem, piwem i mocniejszymi trunkami. To ciekawe, bo ze wstępnych raportów branży alkoholowej wynika, że nastał dla nich chudy czas, bo knajpy zamknięte, a i sprzyjające piciu, życie towarzyskie zamarło. No więc cały ten alkohol na litry kupowany w sklepach, wypijany jest w domowych pieleszach, co najwyżej w towarzystwie telewizora, najbliższej rodziny, czy śpiących za ścianą dzieci. I tu zaczyna się poważny problem.

To nie jest tekst o problemach, które wiążą się z piciem alkoholu w ogóle, bo jeśli jeszcze ktoś nie wie jakie mogą być konsekwencje nadużywania alkoholu, to znaczy, że albo nie musi wiedzieć, albo unika odpowiedzi. To tekst o poważnym zagrożeniu, którym jest alkohol w czasie pandemii i okresie odizolowania nas od życia takiego, jakie znaliśmy dotychczas. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że alkohol tylko pozornie rozwesela i daje poczucie odprężenia. Owszem działa w ten sposób, ale to jego krótkotrwałe działanie. Długofalowo, alkohol to bardzo silny DEPRESANT. Pijący codziennie lub prawie codziennie wiedzą, czym jest dół na kacu, lęk, strach, rozedrganie emocjonalne. I nie mam na myśli państwa stojących od rana pod sklepem z butelką nieporadnie schowaną w kieszeni (choć w okresie pandemii gdzieś się schowali), tylko o nas żyjących w „normalnych” domach, gdzie raczej nie ma problemu z pieniędzmi. O nas, którzy zamawiamy kartony butelek w dobrych sklepach z winem, o nas którzy rozkoszujemy się w szkockich i japońskich maltach, o nas, którzy wyszukują najciekawszych kraftowych piw, w końcu o nas, którzy korzystają z dyskontowych promocji przekładających się na ilość kupionego alkoholu.

Mam wrażenie, że dla wielu czas pandemii i przymusowej izolacji jest do zniesienia tylko i wyłącznie dzięki zamulaniu własnej głowy. Niektórzy zabijają w ten sposób nudę, złe myśli, obawę przed przyszłością, jakiś problem czy zwykłe wkurzenie. Inni, chętnie sięgają po butelkę np. do wieczornego maratonu z ulubionym serialem. Z alkoholem jest jednak na tyle podstępnie, że nigdy nie wiadomo od kiedy nasze picie stanie się problem, czytaj chorobą. A choroba ta inkubuje zdecydowanie dłużej niż COVID-19. Także w odróżnieniu od koronowirusa, dość długo można z nią ciągnąć. Ba! Znam takich, którzy całe życie czynnie się jej poddają, nie uznając, że stoją na zupełnie straconej pozycji.

W sumie nic nowego tu nie napiszę, bo temat od dziesiątek lat zbadany, rozpoznany i opisany. Łącznie z lekarstwem. Natomiast piszę te parę słów, bo jeśli choć jedna osoba zastanowi się nad codziennym, na pozór niegroźnym wieczornym rytuałem „drinka przed snem” to będę szczęśliwy. Od ponad 10 lat nie używam alkoholu i myślę, że dość gruntownie poznałem już korzyści płynące z tej sytuacji. Jednym słowem – szkoda. Szkoda nas, naszego drogiego i uciekającego czasu, szkoda naszych emocji, szkoda zdrowia, szkoda kasy, szkoda życia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s