Jest cała masa pozornie nieistotnych wydarzeń, sytuacji czy momentów, które chwilę później stają się realnymi, prawdziwymi tęsknotami. Po pół roku życia w Indiach, mamy ich mnóstwo. Brakuje szczególnie tych, które działy się przez ten czas wyjątkowo regularnie. Dziś, krótkie wspomnienie jednej z nich.

Od dwóch do czterech razy po około 10 sekund. Tyle czasu spędza codziennie Zośka prowadząc miejscową rykszę. W zależności od tego ile razy ją mijamy, wskakuje do niej, siada na nagrzanym od słońca, czarnym, skórzanym krzesełku, łapie kierownicę, poprawia lusterka, przegląda się w nich, przeczesuje palcami włosy i z szelmowskim uśmiechem dodaje gazu. Potem jak gdyby nigdy wychodzi z pojazdu i wraca do niego w drodze powrotnej, odgrywając dokładnie ten sam spektakl.

Okoliczni sprzedawcy dobrze znają naszą córkę. Już gdy widzą ją z daleka, machają jej na powitanie i oznajmiają, ze ryksza czeka. Zocha pakuje się do niej jak do siebie, zupełnie bez obciachu. Nie wiemy do kogo ten tuk-tuk należy, czasem widzimy jak jakiś mężczyzna w czasie sjesty przysypia sobie na tylnim siedzeniu z wystawionymi przez okno nogami. Na pewno pojazd jest sprawny i na pewno wozi ludzi. Ale jakoś tak się zazwyczaj składa, że jak przechodzimy, niemal zawsze stoi zaparkowany w tym samym miejscu. I to od lat! Dokładnie to samo nasza córka robiła gdy byliśmy tu w 2018 roku. To samo miejsce, ten sam tuk-tuk, tylko nas o jedno więcej.

2020
2018

Nie ma Indii bez auto-ryksz. Małych, trójkołowych pojazdów, które pełnią role taksówek. W zależności od stanu, różnią się między sobą kolorami (tu, na Goa są żółto-czarne). To co ich łączy to klakson. Używany niezwykle intensywnie, z częstotliwością nie mniejszą niż kilka razy na minutę. To nie jest nasz najpopularniejszy środek transportu, bo zdecydowanie chętniej wybieramy podmiejskie autobusy, ale dla naszych dzieci to motoryzacyjny numer 1.

Skoro Zośka może prowadzić tuk-tuka, to dlaczego ma go nie prowadzić Gutek? Nasz syn, równie chętnie chce do niego wskakiwać. Żeby czasem oszczędzić sobie nieco czasu, jedzie w wózku przodem, tak, by nie widział, jak jego siostra odhacza stały punkt dnia. Tym sposobem Gustaw wsiada do pojazdu jako kierowca średnio 2-3 razy w tygodniu.

Znacznie częściej prosi nas byśmy jako pasażerowie gdzieś się razem wybrali. Pare razy zdarzyło nam się jechać auto-rykszą do domu z plaży, pare razy na dworzec kolejowy i raz z babcią. Wtedy to okazało się, że do małego pojazdu wejdzie pięcioosobowa rodzina plus babcia, złożony wózek i pokaźnych rozmiarów plecak. No ale skoro tu na porządku dziennym na skuter wsiada dwoje dorosłych plus czwórka dzieci, to tyle nas w tuk-tuku nie powinno nikogo dziwić. Nawet próbowaliśmy zrobić temu zdjęcie ale efekt jest raczej mało zadowalający. Ale żeby nie było…

Jakaż była radość gdy podczas naszego wypadku na Sri Lankę, przed jedną z restauracji stał okazały element dekoracji w postaci tuk-tuka właśnie. Pół godziny trwała zabawa Zochy i Gutka w zamienianie się z kierowcy w pasażera i odwrotnie. Pół godziny, po której to trzeba było siłą nasze dzieci stamtąd wyciągać. I na koniec pytanie Zośki opatrzone błagalnym wzrokiem, czy moglibyśmy kupić sobie taki samochód na zawsze.

W zasadzie moglibyśmy. Na pamiątkę naszej półrocznej podróży mieliśmy przywieźć sobie małego tuk-tuka do postawienia na półce. Czarno-złotego dla odmiany. Nie zdążyliśmy bo z powodu koronawirusa wyjeżdżaliśmy z Indii niemalże w biegu.

Kiedyś trzeba będzie po niego wrócić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s