5. Dziś swoje piąte urodziny obchodzi Zośka i pięć lat, w zupełnie nowych rolach, mija też nam. 5 lat temu byliśmy trochę inni. 5 lat temu inaczej wyglądało nasze życie. 5 lat temu zaczęliśmy nową przygodę, która pochłania nas bez reszty i daje więcej radości niż cokolwiek dotychczas innego. Ta przygoda nazywa się rodzicielstwo i szczerze ją wszystkim polecam. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać, jak zmieniło się moje i nasze życie w tym czasie. Oto 5 czynności, które 5 lat temu wyglądały kompletnie inaczej niż dziś.

SPANIE

Kiedyś, gdy po północy kładłam się do łóżka, po kilku godzinach budziłam się rano do pracy. Chyba, że był wolny weekend, a wtedy im później szłam spać, tym później wstawałam. Szczególnie wieczorami miałam z Marcinem niekończące się tematy do rozmów, filmy do obejrzenia, książki do przeczytania, restauracyjne kolacje do zjedzenia, czy znajomych do odwiedzenia. Mieliśmy też przede wszystkim siebie i niemalże nieograniczony czas by się sobą nawzajem zajmować. Dziś, z perspektywy tych pięciu lat wiem, że wtedy nie do końca oboje wiedzieliśmy, co mamy. 

Teraz, kiedy koło 22 położę się do łóżka po pełnym wrażeń dniu (a zapewniam, że w naszym domu, każdy taki jest), zazdroszczę swojemu mężowi, że jego walka z zamykającymi się powiekami trwa kilka minut dłużej niż moja. Ja cieszę się jak dziecko, gdy uda mi się w pełni świadomie dojść do łóżka i zgrabnym ruchem zamienić pion na poziom. Do kompletnego odjechania dzielą mnie sekundy. On ma jeszcze siłę by przeczytać kilka stron. Ja odpadam. Niestety nie na długo.

Zazwyczaj jakieś pół godziny po wejściu do sypialni, w którym stoi łóżeczko naszej najmłodszej córki, ta upomina się o wieczorną porcję mleka. Tak więc zaczyna się półprzytomna akcja przeniesienia Franki między mnie a Marcina i karmienie. Karmienie, którego pamiętam jedynie początek, bo szybko zasypiam, a moja córka „obsługuje ” się sama, do momentu aż i ją w końcu zetnie. Podczas jednej nocy takich przerw „na cycka” jest zazwyczaj kilka. Ile dokładnie, nie pamiętam. Wszystko dzieje się trochę poza mną. Obok śpiącego w najlepsze męża i ojca, który nawet nie wie, ile się w naszym łóżku w tym czasie dzieje.

Marcinowi zdarza się czasem przebudzić. Albo wtedy gdy któreś z dzieci wyje w niebogłosy, albo kiedy dostanie od śpiącej obok Franki piętą w żebro, ręką w nos, czy głową w brzuch. No i jeszcze wtedy gdy nasza córka przekroczy barierę kolan. Przy tak bardzo mobilnym dziecku, oboje mamy specjalny czujnik, który zrywa nas na równe nogi, w momencie niebezpiecznego jej przejścia na drugą stronę łóżka. Frania nie stawia raczej oporu, choć zdarza się, że taki rodzaj aktywności zaczyna traktować jako dobrą zabawę. Wtedy jest już jasne, że to koniec nocy albo dla mnie, albo dla Marcina. Jedno z nas (częściej mój mąż) zwleka się więc do kuchni i odpala ekspres do kawy, dając mi jeszcze przynajmniej godzinę lub dwie na najbardziej efektywny sen. Sam, z opiekuna i animatora zabaw dla najmłodszego dziecka szybko zamienia się w nianię całej trójki, bo tak to jakoś działa, że błyskawicznie w kuchni pojawiają się wyspane i gotowe na rozrywkę kolejne nasze dzieci.

Tak wyglądająca nocna zmiana czeka nas jeszcze przez mniej więcej półtora roku. W tym czasie Franka nie tylko przestanie mnie w nocy (a tym bardziej w dzień) wyżerać, ale i (mam nadzieję) zacznie przesypiać całe noce w pokoju obok. Tak było w dwóch poprzednich przypadkach, choć nie mam żadnej pewności czy tym razem nie będzie jednak inaczej.

JAZDA SAMOCHODEM

Głośna, dobra muzyka, rozmowy i droga do celu. Tak było kiedyś. Dziś w samochodzie dzieje się znacznie więcej. Nie rezygnujemy ani z muzyki, ani rozmów, ale dochodzi nam masa nowych czynności. Zazwyczaj prowadzę ja. Bo lubię, a mój mąż mniej. Jednak poza prowadzeniem auta robię setki innych, czasem dziwnych czynności, które wydają się konieczne. Z resztą wielokrotnie oboje czujemy się jak roboty, które mają conajmniej kilkanaście rąk. Na tylnej kanapie toczy się bowiem życie równoległe, które wymaga od nas nie mniejszego zainteresowania i interweniowania.

Najmłodszemu człowiekowi usnąć w samochodowym foteliku pomaga mizianie i naprzemienne miętoszenie stóp i dłoni. Ale tylko w moim wykonaniu. Dotyk Marcina od razu skazany jest na niepowodzenie. Z resztą on ma inne zadanie. Kiedy ja głaszczę, Marcin, zupełnie niezależnie, musi w konkretnym momencie włożyć do ust dziecka smoczek i rytmicznie w niego pukać. Tu najważniejszy jest odpowiednia chwila i precyzja. Falstart może zniweczyć skrzętnie przygotowywany plan w ciągu sekundy, a wtedy przed nami długie minuty głośnego płaczu, przy których ani muzyka ani rozmowa nie mają większego sensu. W tym samym czasie pozostała dwójka chętnie sobie dokucza i się drażni, sięgając czasem po ciosy poniżej pasa. Ryzyko, że ktoś z nich będzie krzyczał lub ryczał jest więc duże. Jeśli dodać do tego nieoczekiwane i nieznoszące sprzeciwu prośby o „coś do jedzenia” i groźby dotyczące natychmiastowego załatwienia swoich fizjologicznych potrzeb „tu i teraz”, to kopanie i brudzenie naszych siedzeń, rozrzucanie resztek jedzenia, obsypywanie się okruszkami, rozlewanie wody, rozsmarowanie w siebie i tapicerkę czekolady, jawi się jako błogi spokój.

JEDZENIE

Jeszcze 5 lat temu byliśmy stałymi bywalcami barów, knajp i restauracji. Odwiedzaliśmy je kilka razy w tygodniu. Na bieżąco sprawdzaliśmy nowo powstałe lokale, a nasi znajomi, często dzwonili do nas z prośbą o poradę gdzie iść i co zjeść. Jak wygląda to teraz? Jesteśmy w tym temacie mocno w tyle. Po pierwsze, wybieramy miejsca, gdzie trójka dzieci w miarę bezproblemowo może zjeść z nami posiłek. Co to oznacza? Przynajmniej duży stół. Świetnie jak na wyposażeniu jest krzesełko dla dzieci. Idealnie jak jest ogrodzony ogródek. Jesteśmy w siódmym niebie gdy znajdziemy miejsce z salą zabaw dla dzieci. Jedzenie? Zeszło na dalszy plan. Oczywiście nadal jest bardzo istotne, ale czasem jestem już tak zmęczona ogarnianiem naszej trójki, że apetyt zanika mi kompletnie. Po drugie, nie mamy już tyle czasu co kiedyś. Niejednokrotnie wybieramy wariant samochodowy, czyli podjeżdżamy w piątkę pod restaurację, jedno z nas wychodzi zamówić i razem czekamy na odbiór. Potem wracamy z jedzeniem do domu. Zdarza nam się też jeść w aucie, ale pod warunkiem, że dwoje z trójki maluchów śpi. W przeciwnym wypadku, gdybyśmy zgodzili się na to, że jemy w aucie wszyscy, byłaby to katastrofa. Po trzecie, gotowanie dla pięcioosobowej rodziny jest fajne, inne, nowe. Musimy poza smakiem wziąć pare istotnych rzeczy pod uwagę. Jakoś te posiłki zbilansować, zróżnicować. Poza tym dzieciaki coraz bardziej lubią nam w kuchni pomagać, mamy więc zupełnie nową formę spędzania wspólnie czasu. Ostatnio zwracamy dużo większą uwagę na to, by nie marnować jedzenia i czyścimy lodówkę do końca. Zdarza się, że robienie porządnych posiłków z tego, co akurat mamy, staje się nie małym wyzwaniem.

SPORT

Kiedyś byliśmy w niezłej formie! Nie było tego oczywiście jakoś specjalnie widać, bo nasze częste wyjścia do knajp świetnie bilansowały utratę wagi. Biegaliśmy. Razem, osobno, jak chcieliśmy. Marcin do pracy jeździł na rowerze. Ja czasem wyskoczyłam na basen. We wtorki mieliśmy TBC, w czwartki pilates. Co z tego zostało? To co w moim przypadku niezmienne to waga. I chyba jest to jakieś pocieszenie, skoro mam trójkę dzieci i ważę tyle, ile ważyłam przed ich urodzeniem. Co prawda nie mogę narzekać na brak ruchu, bo serii ćwiczeń, które regularnie wykonuję przy ogarnianiu tego towarzystwa nie powstydziłaby się chyba żadna instruktorka, ale zorganizowanego czasu na sport bardzo mi brakuje. Po powrocie zawzięliśmy się i biegamy, ale mocno musimy się ponapinać żeby wygospodarować trochę czasu.

ŻYCIE TOWARZYSKIE

Prawie codziennie ktoś u nas był, lub my byliśmy u kogoś. Każdy weekend był gęsto wypełniony wyjazdami. Gdy byliśmy na miejscu, był normalny czas młodych ludzi, nie stroniących od kultury miejskiej. Teraz? Jeśli ktoś nas odwiedza (najczęściej wieczorem), to spędza czas z jednym z nas. Drugie jak na taśmie: rozbieranie, siku, wanna, mycie, wycieranie, piżama, mycie zębów, kolejne dziecko, rozbieranie, siku, wanna, mycie, wycieranie, piżama, mycie zębów, kolejne dziecko, rozbieranie, siku, wanna, mycie, wycieranie, piżama, zęby, usypianie. Gdy po takim maratonie wychodzi się do gości, oni zazwyczaj właśnie wychodzą, albo marzy się żeby właśnie wyszli, bo samemu chce się paść i to bez mycia zębów. Jeśli jeździmy do znajomych to oczywiście wszyscy razem. Wychodzimy, kiedy dzieciaki poczują się tak dobrze, że z mieszkania znajomych robią sobie swój pokój zabaw. To często się zdarza. Zanim dom czy mieszkanie ludzi, u których jesteśmy przestanie wyglądać jak dom czy mieszkanie, robimy ewakuację, oczywiście próbując choć trochę doprowadzić to miejsce do ładu. Mimo wszystko, nawet chętnie nas ludzie zapraszają. Oczywiście, z wiadomych względów mamy teraz w jakichkolwiek odwiedzinach przerwę, ale liczę, że jak już to uwięzienie się skończy, nadrobimy. Choć trochę się też tego boję.

3 myśli na temat “Zosia, Zośka, Zofia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s