W polskich górach nie byliśmy od kilkunastu lat. Dlatego, gdy zdecydowaliśmy się wyruszyć gdzieś na ostatni majowy weekend, nasz wybór padł właśnie na Tatry. Nie zniechęciły nas prognozy pogody. Bo kiedy w Zakopanem miało lać i być zimno, ten sam czas nad polskim morzem zapowiadał się wyjątkowo słonecznie. Jednak oboje chcieliśmy pokazać dzieciom góry. I nie żałujemy.

To dość ciekawy czas. Pierwszy weekend turystycznego pandemicznego luzowania. Jak wypadł w praktyce? Chyba nie najlepiej. Większość restauracji, karczm czy barów pozostała zamknięta. Wciąż albo na zawsze, bo nie do końca wiadomo, czy te miejsca wrócą jeszcze kiedyś do życia. Na nic więc rekomendacje znajomych, internetowe polecenia czy blogowe, kulinarne ciekawostki. Jeździliśmy po Zakopcu autem w poszukiwaniu jakiegokolwiek otwartego lokalu, który nakarmi nas kwaśnicą czy plackiem. Trafialiśmy różnie, choć nikt nie marudził. Zupa krem z bryndzy w jednym miejscu, pomidorówka w innym, czy raclette z kaszanki w kolejnym były zaskakująco smacznymi wyborami. Mamy nadzieję, że w normalnym czasie, w okolicy jest cała masa dobrych miejsc z prawdziwym jedzeniem, choć chyba klientela jest raczej nie do końca wymagająca.

Skąd takie przekonanie? Ano ze spotkanych w centrum turystów. Oboje pamiętamy Krupówki jako raczej smutne miejsce. Dziś, niewiele się zmieniło. Nieciekawe restauracje, jeszcze mniej ciekawi ludzie. Głównie przeklinająca młodzież. Dziewczyny z wyjątkowo długimi paznokciami pomalowanymi intensywnym kolorem i chłopaki z napuchniętą od alkoholu twarzą. Głośni, wulgarni i odpychający. Na szczęście, pomiędzy nimi dostrzec można pojedyncze przypadki osób, które właśnie idą lub właśnie wróciły z gór. Wiemy, że jadąc w Tatry, na Krupówkach raczej czasu się nie spędza. Jednak z trójką dzieci nie wyobrażaliśmy sobie tam się nie pojawić. Mina pani sprzedającej oscypki, gdy zapytaliśmy o Cocktail Bar- bezcenna. Nie ma go tu od kilku dobrych już lat. Jest za to cała masa sklepów jak w każdym innym mieście i coś, czemu nadziwić się nie mogliśmy czyli lokale pod nazwą „Księstwo Góralskie”. Sklepy, bary, restauracje niby góralskie, niby na bogato. Co to jest? I dla kogo? Strach pomyśleć.

Smutna refleksja młodych rodziców jest taka, że wyjście z maluchami w takie miejsce to dramat. Co kilka metrów sklep, sklepik czy kiosk z chińskim badziewiem już nawet niestylizowanym na góralskie. Piszczące pieski pomiędzy ciupagami, samochodziki stojące przy kierpcach czy przerażające maskotki tuż obok góralskich spódniczek. Masakra. Tyle tylko, że ta tandeta jest dla dzieci najbardziej atrakcyjna. Przyciąga ich jak magnes. I oderwanie ich od tych wszystkich stoisk jest zadaniem karkołomnym zwieńczonym zazwyczaj krzykiem rozpaczy dziecka i frustracją rodzica.

Szoku doznaliśmy też na szczycie Gubałówki. Maszyny do boksowania, balony z helem, grające i jeżdżące w miejscu samochodziki i inne tego typu atrakcje nas po prostu wkurzyły. Obok mniej lub bardziej prawdziwych oscypków – wata cukrowa, lody „świderki”, gofry z żelem i inne, równie złe rzeczy. Kiedyś tego nie było. Teraz jest, jak wszędzie. Na szczęście w przypadku naszych maluchów kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe, jazda kolejką, a także zgoda na zaliczenie każdej kałuży, uchroniła nas od niechcianych atrakcji.

Prawdziwa przygoda zaczęła się w górach. Spacer Doliną Strążyską, a potem deszczowa wspinaczka pod wodospad Siklawica była genialna dla wszystkich. Skakanie przez przeszkody, biegi, śpiewy, szukanie niedźwiedzi, oglądanie skał, picie zimnej wody z górskich potoków czy małe nagrody z postaci zabranych na wycieczkę smakołyków były świetną zabawą. Tak dobrą, że Gustaw pomimo bólu nóg nie zamierzał wracać. Chciał wspinać się jeszcze wyżej i wyżej, aż do zaśnieżonych partii gór, bo tam, jak nas poinformował, „umówił się z yeti”. Nie był zadowolony, że musimy już schodzić i jechać do domu. Większość drogi powrotnej spędził na ramionach taty płacząc i co chwilę krzycząc , że „nie chce wracać, chce iść wyżej”. Franka zasnęła w nosidle, a Zośka rozprawiała o tym, co o swojej wycieczce opowie niebawem w przedszkolu dzieciakom i Pani Dorotce.

Następnego dnia rano Gutek dzień powitał na kolanach. Tak bardzo bolały go nogi, że nie był w stanie chodzić. Na szczęście uwierzył nam na słowo, że najlepiej będzie to „rozchodzić”, a myśl o spotkaniu niedźwiedzia czy yeti tylko utwierdziła go w przekonaniu, ze czas już ruszać na kolejny górski spacer. Dzieciaki same zrobiły dla wszystkich kanapki, spakowały je do plecaków i tuż po wejściu do samochodu znów były gotowe od razu je zjeść. Udało im się jednak trochę przeczekać i drugie śniadanie odbyło się tuż za wejściem do Doliny Chochołowskiej. Mało brakowało, a w ogóle by nas tu nie było. Zapomnieliśmy, że w górach trzeba mieć gotówkę. Nie mieliśmy odpowiedniej kwoty, by opłacić wstęp. Przekonaliśmy pana w okienku, że przywieziemy mu zaległość i choć miał co do tego wątpliwości, to jednak nas wpuścił. Tuż po przekroczeniu szlabanu spotkała nas pierwsza dziecięca atrakcja. Stragan z zabawkami. Trochę to trwało zanim przekonaliśmy dzieciaki, że nic im nie kupimy i to nie tylko dlatego, że nie mamy ze sobą gotówki. Chwilę dalej nie było lepiej. Park linowy. Na szczęście zamknięty. Choć i to nie przeszkodziło Zośce mieć nadzieję, że jednak pozwolimy jej z niego skorzystać. Sytuację nieco rozładował kot, który zjawił się obok nas. To pozwoliło nam iść dalej. Co prawda żółwim tempem, bo Gutka nadal bolały nogi. Poza tym nie przepuścił żadnej kałuży. W każdej musiał się znaleźć choć na chwilę. I mało go obchodził brak kaloszy. Trampki z wodą też radziły sobie jego zdaniem dobrze. „Ja muszę bo ja to bardzo jubię”- tłumaczył nam w dość zdecydowany sposób. Nie zaszliśmy jednak daleko. Dzieci się w końcu zbuntowały, że dziś chodzić im się już jednak nie chce, a poza tym niedźwiedzia jak nie było tak nie ma. Ponieważ zaczęło też mocno padać podjęliśmy decyzję, że wracamy. Oczywiście tocząc przy wyjściu kolejną batalię o niekupioną karetę kopciuszka i psy z „Psiego Patrolu”.

Lejący deszcz i widoczność nie większa niż 50 metrów nie pozwoliła nam na zobaczenie więcej. Po Tatrach pozostał niedosyt i plany a kolejny wypad. Bardzo byśmy chcieli by dzieciaki połknęły bakcyla i gdy będą starsze, wracały w góry wraz ze znajomymi. I by na Krupówkach bywały jedynie przejazdem.

Jedna myśl na temat “Tatry reaktywacja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s