Inna rzeczywistość. Dzieciaki pół dnia spędzają w przedszkolu i żłobku, a po powrocie do domu nie włączają telewizora. Nastawialiśmy się na ciężki detoks. Wyobrażaliśmy sobie krzyki związane z brakiem odbiornika i kategorycznym „nie” jeśli chodzi o odpalanie bajek na komputerze. Myśleliśmy, że cała trójka będzie chodziła za nami błagając o pilota, ziewając z nudów i że przez kilka pierwszych dni będzie wyjątkowo trudno. No więc nic z tych rzeczy. Jest zupełnie odwrotnie.

To dopiero kilka dni ale oboje mamy poczucie, że pozbycie się z domu telewizorów było najlepszą decyzją na świecie. Dzieciaki świetnie potrafią same zorganizować sobie czas. Dużo chętniej bawią się razem, dużo częściej sięgają po zalegające w kredensie zabawki, dużo szybciej mija im czas. Oczywiście, z największą radością w wielu tych zabawach uczestniczymy. I dopiero teraz mamy poczucie, że prawdziwe spędzamy ten czas razem.

Od kilku dni oboje odklejamy sobie swoje własne dzieciństwo. Powracamy do zabaw i zabawek, z których my chętnie korzystaliśmy. Choć nasze dzieci mają masę rzeczy, o których my nawet nie śmialiśmy marzyć, podrzucamy im te „nasze”, przy których się wychowaliśmy. Z prawdziwą radością i czasem wzruszeniem przypominamy sobie siebie sprzed trzydziestu kilku lat.

Bierki. W Indiach mieliśmy najpierw wersję makaronową, potem przyszedł czas na normalną. Byliśmy mocno zdziwieni z jaką precyzją zarówno Zośka jak i Gutek potrafią poradzić sobie z wyjęciem kolejnych bierek. Rozczulają nas też wszelkie próby oszustwa.

Piotruś. Karty do gry kupiliśmy w sklepie w Zakopanem. Dobrze, że w środku była instrukcja obsługi, bo nie do końca pamiętaliśmy zasady. Zośka szybko zrozumiała o co chodzi i jej próby pozbycia się „Piotrusia” doprowadzały nas do łez. Gramy tylko wtedy gdy nie ma w pobliżu nas Franki, bo jej ten rodzaj zabawy wyjątkowo smakuje…

Guma. Całe 1,98zł. Fioletowa guma do skakania. Na razie mamy za sobą pierwsze próby. Poziom podstawowy czyli guma na kostkach. Marcin próbuje przypominać sobie skomplikowane choreografie z plątaniem stopą gumy, ale wychodzi to mocno karykaturalnie i w zasadzie do niczego nie prowadzi. Skok i wyskok wydaje się mieć znacznie więcej sensu.

Latawce. Prezent na Dzień Dziecka. Oczekiwany przez Zosię i Gucia od kilku, jak nie kilkunastu, miesięcy. Wydaje nam się, że ostatecznie przyniósł jednak więcej radości nam niż dzieciom, bo jak się okazało, żadne z nas nigdy go nie puszczało. Wiedzę o tym jak to się robi czerpaliśmy więc chwilę wcześniej z internetu. Nadwiślański wiatr mocno nam pomógł. Nasze dzieciaki zrobiły sobie w tym czasie alternatywną zabawę pod nazwą „poplątany sznurek”. Najważniejsze, że ostatecznie nie był to zakup jednorazowy i latawce znów nadają się do użycia. Nie możemy się już doczekać kolejnych lotów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s