Sporo się ostatnio dzieje. Dużo jeździmy, dużo myślimy, dużo planujemy, dużo pracujemy. Biegamy za dzieciakami, szukamy inspiracji, odkrywamy nowe miejsca. Wiemy jak chcemy żyć, więc po prostu tak żyjemy. Na tyle, ile pozwalają okoliczności. Nasze plany zakładają jednak poważne decyzje, które niebawem będziemy musieli podejmować. I jak to zazwyczaj bywa, droga do celu jest czasami bardziej fascynująca niż to, do czego zmierzamy. Więc cieszy nas każdy, nawet najmniejszy krok w dobrym kierunku.

Rodzinny rajd w Górach Świętokrzyskich planowaliśmy od dawna, ale zawsze coś stawało nam na drodze. Trudno też było się zdecydować, gdzie ostatecznie wyruszyć. Przecież z której strony by nie spojrzeć, okolice Kielc są zjawiskowe. W końcu padło na kierunek dość oczywisty. Święta Katarzyna i Łysica. Piękny las, malownicza droga w górę i jeszcze kilka legend, które dzieciakom na pewno się spodobają. Zestaw idealny.

W tego typu wyprawach bardzo duże znaczenie ma taktyka. I to już na poziomie planowania. Gdybyśmy powiedzieli Zośce i Gutkowi, że jedziemy do lasu na spacer, zapewne by się ucieszyli, ale niespecjalnie zrobiłoby to na nich jakieś wrażenie. Chodzenie wśród drzew, choć przyjemne, dla najmłodszych raczej pozbawione jest sensu. Sens się pojawia, gdy jedziemy do lasu np. zbierać grzyby. Wyruszamy więc po coś. Jest akcja. Jest zabawa. Logiczny sens ma też wejście na górę, pod warunkiem, że na szczycie coś na nas czeka. Tak więc poza schowanymi w plecaku „niespodziankami” w postaci smakołyków, które mieliśmy po pokonaniu całej trasy zjeść, istotne było także to, że wdrapujemy się by zobaczyć Gołoborze. A legenda opowiadająca o tym, jak ono powstało zaostrzyła tylko apetyt na wspinaczkę.

Liczenie desek w mostkach, przeskakiwanie szczelin czy wdrapywanie się na dość wysokie schody, od samego początku stało się świetną zabawą, która dodawała dzieciakom energii. Udawanie dzikich zwierząt leżących na powalonych drzewach, omijanie pułapek zastawionych w lesie przez złego czarownika, okrążanie błotnych kałuż, nawoływanie wiewiórek, dla których mieliśmy przygotowane jedzenie, szukanie idealnej różdżki z patyka, czy wyjątkowo skrupulatne przenoszenie narażonych na zdeptanie żuczków, które po pewnym czasie zamieniliśmy na ostrożne ich omijanie sprawiło, że jedna mała podróż, stała się ogromną, niemalże życiową przygodą.

Tak wielką i wyczerpującą, że po wejściu do samochodu, dzieciaki od zaśnięcia dzieliło jedynie zapięcie pasów. Po godzinnej drzemce, wychodziły na uginających się z wyczerpania nogach zgodnie twierdząc, że marzą o kolejnej wycieczce na Łysicę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s