Lęk, strach, niedowierzanie, przerażenie. Malujące się na twarzach strażników emocje, gdy wchodzimy z trójką dzieci do kolejnych sal muzeum czy galerii, trudno w zasadzie opisać. Pojawienie się naszej rodziny, niektórych z pewnością zrywa na nogi, wzmaga ich uwagę i czujność. Niespodziewanie robi się wokół nas tłoczno. Czujemy, że obserwowany jest każdy nasz krok. Jest ryzyko, jest zabawa.

Najmniejsze kontrowersje wzbudza pojawienie się Franki. Ona zazwyczaj siedzi sobie spokojnie w wózku lub wisi w nosidle. „Problematyczna” jest pozostała dwójka. Czasem trudno ujarzmić ich „pęd do sztuki”. Mamy jednak na to swoje sposoby. Czasem skuteczne.

Przede wszystkim nie rezygnujemy z wychodzenia w takie miejsca. Od pierwszych tygodni życia, każde z naszych dzieci, zabieraliśmy do muzeum i galerii. Im były młodsze, tym było łatwiej. Po pewnym czasie, gdy zaczęły samodzielnie chodzić, nasze spotkania ze sztuką przypominały bardziej ścieżkę zdrowia. Jedno z nas chodziło z wózkiem i oglądało, drugie biegało za małym człowiekiem. I tak na zmianę. Prawdziwa zabawa zaczęła się, gdy trzeba było nadążyć za uciekającą dwójką. Wiszące na ścianach obrazy, artefakty czy instalacje były dla nich wyjątkowo atrakcyjne. Co zupełnie zrozumiałe, wszystkiego chciały dotknąć i się tym bawić.

Ciężko wytłumaczyć małemu dziecku, że tego robić nie wolno. Że jedyne, na co może sobie pozwolić to oglądanie na odległość. Dlatego na początku braliśmy każde z nich na ręce, podchodziliśmy razem i się przyglądaliśmy. Pytaliśmy co widzi, co mu to przypomina, z czym się kojarzy. Potem, im były starsze, przed wejściem tłumaczyliśmy zasady zachowywania się w galeriach. Powtarzane na miejscu przez pracowników, odnosiły pożądany efekt. Przynajmniej na pierwsze kilka minut. Pojawił się jednak inny problem. Dzieci szybko się nudzą. Nie sposób na dłuższą chwilę zatrzymać ich uwagę. Dlatego zaczęliśmy wymyślać specjalne zabawy. Po pierwsze zagadki, w stylu „Kto wie, na którym obrazie jest koń?”, albo „Czy widzicie gdzieś tu kwiaty?”, „Kto pierwszy znajdzie zimę?”. Zośka i Gutek rywalizują więc ze sobą o zwycięstwo, a my tym samym zyskujemy trochę czasu, by samemu coś zobaczyć. Na topie są też pałacowe i zamkowe wnętrza. Opowieści o mieszkających tu kiedyś królewnach i królach robią na nich wrażenie. Z uwagą oglądają kolejne pomieszczenia, dopytując, co się tu dawno temu działo. Trzeba się nieźle nagadać, by zaspokoić ich ciekawość.

Atrakcyjne są też… słuchawki. Nie ma w zasadzie znaczenia co widzą i słyszą, ale sam fakt założenia na uszy niecodziennego rekwizytu, w zupełności ich zadawala. Odkąd nie mamy w domu telewizora, z dużą chęcią zasiadają też przed różnego typu ekranami. Kilkuminutowy film, który, wydawać by się mogło, dla kilkulatka jest średnio atrakcyjny (monotonny, mało kolorowy), oglądają z zapartych tchem i nie ma siły, by zabrać ich stamtąd przed jego końcem.

Poza tym, dobre jest wszystko to, co nowe i zaskakujące. Zupełnie przypadkowo, odkryliśmy ostatnio na jednej z wystaw możliwość haftowania. Zośka ze skupieniem wbijała więc w materiał igłę, a Gustaw rozwijał i zwijał różnobarwne szpulki tworząc w sali kolorową pajęczynę.

Takie wyjścia to bardzo dobry czas. Póki co, słowo galeria nie kojarzy się naszym dzieciom z galerią handlową. I jak dotąd, odwiedzanie wystaw, jest dla nich znacznie większą atrakcją niż zrobienie zakupów. No chyba że w grę wchodzi zakup jajek z niespodzianką… Porażka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s