Sobota 30 lat temu oznaczała w moim domu jedno- dzień sprzątania. Tak mocno przez moją rodzinę celebrowany, że objawy zaburzeń psychosomatycznych w postaci bólu brzucha, bólu głowy, mdłości, nudności, a nawet wymiotów, pojawiały się u mnie czasem już od piątkowego popołudnia. Dość powszechna w tym czasie „metoda wychowawcza” w postaci tzw. pilota, czyli wyrzucenia wszystkiego z półek, szafek i szuflad na środek pokoju miało sprawić, że raz na zawsze poukładam swoje rzeczy i taki stan utrzyma się już na zawsze. Nie zadziałało.

Do napisania tego tekstu zainspirowało mnie weekendowe spotkanie ze znajomymi u nich w domu. To ludzie w naszym wieku z dwójką małych dzieci. Byliśmy tam po raz pierwszy. Nowy budynek, nowe mieszkanie, patio i ochrona. Inaczej niż u nas. Jednak od przekroczenia progu czuliśmy się jak u siebie. Ten dom żyje. Jest pełen radości, bliskości i tego, co dla nas ważne. Zamiast starannie poukładanych rzeczy – bliski nam rozgardiasz, ściany wysmarowane kolorowymi farbami, szafki i drzwi pomazane mazakami. Może dla niektórych brzmi to jak armagedon, dla nas to po prostu oznaka pewnego wyboru. Wyboru między tym, czy nieustannie posprzątać po dzieciach, czy może jednak jakoś inaczej spędzać z nimi czas. Między tym, czy blokować dziecięcą pomysłowość, czy ją inspirować i na nią pozwalać. Między nerwowym bieganiem ze ścierką, a spokojnym obserwowaniem i wspieraniem. Między katalogową estetyką narzucającą atrakcyjną sterylność, a codziennością i praktycznością. Miedzy tym „co nie wypada” , a tym, że po prostu „nam jest dobrze”.

Zostaliśmy wpuszczeni do ich świata. Intymnego i prawdziwego. Nie uporządkowanego na pokaz. Weszliśmy do domu, w którym żyją ludzie, dla których numerem 1. jest rodzina i ich dobre samopoczucie, a nie to „co o nas powiedzą”. I najważniejsze, spotkaliśmy się tam z osobami, które były u siebie, byłe sobą i sobą się z nami podzielili. To był dobry czas. Zarówno dla nas jak i dla naszych dzieci, które czuły się szczęśliwe. Wspólne sprzątanie na koniec trwało jedynie pół godziny i samo w sobie też było dobrą zabawą, a nie przykrym obowiązkiem. Mamy na to kilka swoich sprawdzonych patentów.

Nie mamy w domu syfu, choć czasem niebezpiecznie się do niego zbliżamy. Nie jest żadnym wytłumaczeniem, że utrzymanie porządku we względnie małym mieszkaniu z trójką małych dzieci, łatwe nie jest. Na szczęście przed nikim tłumaczyć się nie musimy, a sami, oboje świetnie się w naszym świecie odnajdujemy. Mimo wszystko staramy się ogarniać regularnie, czasem nawet i w sobotę, ale nie za wszelką cenę. Żeby było jasne- lubimy jak mamy czysto, choć ten stan trwa tylko przez chwilę.

Czy pozwalamy naszym dzieciom na wszystko? No nie. Mamy zasady, które wprowadzamy w zależności od ich wieku i możliwości. Po całodziennej zabawie, niezależnie jak dużo jest do posprzątania, trzeba to zrobić. Chociażby po to by, w nocy nie potknąć się o porozrzucane na i pod dywanem zabawki. Oczywiście nie oczekujemy od pięciolatki by posprzątała cały pokój. Rozumiemy, że dla trzylatka wysypane z kosza wszystkie pluszaki czy klocki są niełatwe do samodzielnego ogarnięcia. Czasem im pomagamy, czasem prosimy o posprzątanie kilku rzeczy, a czasem, robimy to sami. Nasze dzieci bardzo uważnie nas obserwują, nawet wtedy gdy na nas nie patrzą. Jesteśmy więc pewni, że prędzej czy później same najlepiej będą wiedziały kiedy, co i jak posprzątać, a kiedy nie warto zawracać sobie tym głowy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s