Mamy koronawirusa. Marcin i ja. On, już potwierdzony zeszłotygodniowym testem, ja – utratą węchu i smaku, bo na oficjalny wynik jeszcze czekam. Dzieci zdrowe. Już, albo jeszcze, bo jaki jest faktyczny stan na dzisiaj, gdy od kilku dni przebywają w covidowym domu, trudno jednoznacznie stwierdzić. Mamy się nieźle, bo wirus obchodzi się z nami na razie łagodnie. Sporadyczne bóle mięśni, głowy, obniżona temperatura ciała wskazująca na osłabienie, ogólne zmęczenie są do przeżycia. Choć trudno mi sobie wyobrazić jak by wyglądało nasze życie z trójką małych dzieci gdyby choroba miała trudniejszy przebieg. Nie wiem jak mielibyśmy to towarzystwo ogarnąć, bo już teraz co jakiś czas brakuje mi sił.

Nie zadzwonił sanepid, nie było policji, wojska czy MOPSu. Nie było, mimo tego, że w środę wysłaliśmy wedle wskazań do Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej maila ze zdjęciem pozytywnego wyniku. Izolacje narzuciliśmy sobie sami. Do kiedy? No właśnie. I tu pojawia się moja największa frustracja. Chcę wiedzieć, co będzie za kilka dni, za miesiąc, zaraz. Istotne jest dla mnie to, kiedy mogę wrócić do pracy, a dzieci do przedszkola. Chcę odzyskać kontrolę. KONTROLĘ. Bo to w moim życiu słowo-klucz.

Dla potrzeb tego wpisu nie ma znaczenia skąd u mnie ta niepohamowana chęć kontrolowania czego tylko się da. Jest i tyle. Oczywiście to złudne poczucie, bo nie trzeba być bystrzakiem, żeby wiedzieć, że życia kontrolować się nie da. Ja próbuję, w zasadzie od urodzenia. Trzymam się sztywno w narzuconym kagańcu. Dążę do perfekcji. Do bycia najlepszą. Do zrobienia najwięcej. Najszybciej. Sama. Bo jakby coś, to sama będę miała do siebie pretensje. Najważniejsze, że wiem co i ile zrobiłam. Mam przekonanie, że trzymam wszystko w ryzach. Kontroluję…

Choroby nie kontroluję po stokroć. Nie wiem jak się zaraziliśmy, od kogo, kiedy i jak się to wszystko rozwinie. Martwię się o każdy kolejny dzień naszego chorowania. Czy przetrwamy spokojnie, czy będziemy jednymi z tych, których karetka porzuci przed szpitalnymi drzwiami. Raz wydaje mi się, że mam duszności, za chwilę stwierdzam, ze się chyba sama w to wkręcam i płytszy oddech to raczej oznaka nerwów. Zastanawiam się kto zaopiekuje się naszymi dziećmi, gdy będzie potrzeba hospitalizacji i co zrobimy, gdy będąc na izolacji, któreś z dzieci złamie np. rękę.

Strach przed niekontrolowaniem nie pozwolił mi się np. nigdy w życiu porządnie upić. Niby nic, a jednak to wiele o mnie mówi. Poza tym zabija spontaniczność, bo ta sprawia, że się stresuję. Choć czasem i z tym udaje mi się wygrać, ale tylko ja wiem ile mnie to kosztuje. Robienie. Dużo i szybko daje mi poczucie, że trzymam rękę na pulsie. Może dlatego wiecznie mam za mało czasu. Bo nawet jak niewiele jest do zrobienia, ja jestem w twórczym szale. A jak mam za dużo, to po prostu robię, robię i robię.

Codzienne rzeczy do zrobienie wiszą od kilku miesięcy na lodówce. Wypisane są na specjalnej kartce kalendarza. Wcześniej dokładnie to samo notowałam w kieszonkowym notesie. Ileż radości daje mi każdego dnia kolejne ich skreślanie. To już zrobione, to i tamto. Prymuska. A w głowie zamiast „tu i teraz”, myśli czym w następnej kolejności mam się zająć. Teraz, za godzinę, wieczorem, czy jutro. Trójka dzieci, ogarnięty dom, życie zawodowe. Zawsze wszystko udawało się pogodzić. No tak, bo nie zakończę dnia, nim wszystko z listy nie zostanie wykreślone. Gdy przychodzi wieczór, a dzieci nie śpią tak jak zazwyczaj o 21, czuję zniecierpliwienie. Wkurzam się, że nie zdążę przed snem. A nic mnie nie wkurza bardziej, niż kolejna zarwana noc. Jeśli dodać do tego kilkanaście nocnych karmień i pobudkę koło 7… To wie tylko mój mąż.

Choroba sprawiła, że nie mam ani siły ani chęci usiąść do komputera, nie mam warunków do pracy, bo zawsze któreś z dzieci hałasuje albo potrzebuje mamy, która chowa się w pokoju obok. Nie umiem szybko i efektywnie napisać paru zdań, mam problemy z koncentracją. A lista rzeczy do zrobienia jest coraz dłuższa. W końcu przecież pracuje. Zdalnie, ale nie mogę mniej efektywnie niż zazwyczaj. No bo co kogo obchodzi, że trochę zmieniły się okoliczności, w których funkcjonuję? Tym bardziej, że przekonuję, że dam radę, że mogę więcej. Wiem, że nie muszę, ale na wszelki wypadek udowodnię, że co to dla mnie! Wszystko mam przecież pod kontrolą. Jak zwykle.

No nie mam. I nie będę nigdy miała. Na poziomie głowy, mam to rozpracowane. Emocjonalnie, ciągle walczę. Wiem, że tylko spokój może sprawić, że powoli i dokładnie zajmę się wszystkim tym, czym zająć się powinnam. We właściwej kolejności.

Zdrowia i spokoju dla Was wszystkich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s